Forum Książki Strona Główna Forum Książki
Witamy w Księgogrodzie!

FAQFAQ  SzukajSzukaj  UżytkownicyUżytkownicy  GrupyGrupy  StatystykiStatystyki
RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj  Chat  DownloadDownload

Poprzedni temat «» Następny temat
Książka fantasy mojego autorstwa.
Autor Wiadomość
Supreme King


Dołączył: 20 Gru 2014
Posty: 8
Wysłany: 2014-12-23, 00:17   Książka fantasy mojego autorstwa.

Tytułu jeszcze nie ma, wyjdzie w praniu tak zakładam. Każdy komentarz mile widziany.

Rozdział I

Do Dnia Zwycięstwa został zaledwie tydzień. Było to święto obchodzone hucznie w Królestwie Rao, a w tym roku wypadała jego dwusetna rocznica, co czyniło dzień ten wielkim wydarzeniem. W Dystrykcie A emocje sięgały zenitu, jednak nie było to takie same odczucie, jak w reszcie Rao. Jeszcze dwieście lat temu na terenach dzisiejszego Dystryktu A znajdowało się państwo Andera. Dzień Zwycięstwa był jednym z najważniejszych świąt w królestwie, upamiętniał on aneksie Andery po ponad czterdziesto letniej wojnie z Rao. Dzisiaj nikt już nie potrafił powiedzieć, co było przyczyną konfliktu tych dwóch krajów. Nie było to nikomu potrzebne, zadawanie tego typu pytań zbyt często mogło wepchać człowieka w kłopoty. Nie uczono tego nawet na najznakomitszych uczelniach w Rao. Jednak o samym wyniku tego konfliktu pisane były epopeje i wiersze. Po wchłonięciu Andery król Lothar Trzeci, ówczesny władca Rao, nabawił się wtedy przydomku Zdobywca. Nie trudno się domyślić, że w dzisiejszych czasach uchodził za najznakomitszego władcę Rao w historii królestwa. Był najbardziej wielbionym i szanowanym władcą we wszystkich księgach historycznych i nie tylko. W obecnych czasach uchodził za wzór do naśladowania. Nikt nie wspominał o jego jawnych dla wszystkich wadach i tyranii jaką rządził. Raończycy szybko zapomnieli jak władał jako bezwzględny dyktator. Wielu dawniej nazywało go szalonym. Jednak po pokonaiu Andery i zajęciu ich ziem sprawił, że Królestwo Rao było powierzchniowo prawie tak wielkie jak Cesarstwo Suxen i stało się druga największą potęgą na kontynencie Nobil. Po tych zdarzeniach nikt już nie kwestionował genialności króla. Stał się wzorem do naśladowania dla każdego żyjącego Raończyka.
Dla żyjących dzisiaj w Dystrykcie A rodowitych Anderczyków Dzień Zwycięstwa był znany jako Dzień Klęski. Nie mówiono o tym publicznie na głos rzecz jasna, jednak w swoich domach, w towarzystwie rodziny i przyjaciół tak właśnie określano to "święto". Był to dzień klęski nie tylko na tle politycznym, ale także społecznym. Pozycja społeczna Anderczyków mogła być wówczas tylko jedna - niewolnicy. Raończycy szybko zaludnili podbite ziemie Andery i przejęli bogactwa i dobytki narodowe podbitego kraju. Wszyscy Anderczycy pracowali wówczas dla swoich nowych panów. Jeśli były szlachcic anderski miał szczęście to zostawał niewolnikiem-sługą na dworze, którym kiedyś sam władał. Wielu skończyło w kamieniołomach, przy budowie nowych dróg, zastępując stare "wadliwe" anderskie drogi, przerabiając budowle anderskie na charakterystyczne dla architektury raońskiej. Zostali całkowicie pozbawieni praw do właściwie wszystkiego. Zabicie Anderczyka wtedy łączyło się w najgorszym wypadku z otrzymaniem słownego upomnienia od władz. W większości wypadków jednak nikt poza panem niewolnika nie dowiadywał się o mordzie na anderskim niewolniku.
Dwieście lat później, w czasach obecnych sytuacja Anderczyków uległa poprawie. Niewolnictwo w Rao zostało zniesione i zakazane pięćdziesiąt trzy lata temu przez króla Lothara Ósmego, zwanego też Oświeconym. Ta kontrowersyjna decyzja została przyjęta z dużym sprzeciwem, zwłaszcza wobec szlachciców posiadających nawet po kilkudziesięciu niewolników. Król Lothar Oświecony wierzył w równość rasową i sądził, że Anderczykom należy się autonomia i widział w nich przyszłego sprzymierzeńca Rao. Takie poglądy sprawiły, że szybko zdobył wielu wrogów. Zginął w wieku dwudziestu dwóch lat, dwa lata po swoim ukoronowaniu. Podobno miał nawet zamiar poślubić byłą anderską niewolnicę, która jak dotąd uchodziła jako jedna z jego królewskich nałożnic. Tego jednak najprawdopodobniej nigdy się nie dowiemy.
Ironicznie między Raończykami dzień zasztyletowania króla Lothara Ósmego nie był dzisiaj nawet wspominany, to w środowisku Anderczyków dzień ten jest obchodzony w ich domach i nosi symboliczną nazwę "dnia straconych nadziei". Następca Lothara Ósmego, Lothar Dziewiąty nie był zwolennikiem ani przyjacielem Anderczyków jak jego starszy brat, jednak nie zmienił dekretów wydanych przez niego. Nie z szacunku dla jego pamięci ani z jakiejkolwiek sympatii do Anderczyków, tylko ze strachu. Po zasztyletowaniu Lothara Oświeconego na ulicach Dystryktu A wybuchały zamieszki, jedna po drugiej. Były coraz bardziej krwawe. W obawie o poważniejsze powstanie albo, broń Najwspanialszy Kreatorze, rewolucje, nie zamierzał bardziej prowokować Anderczyków. Wiedząc, jak skończył jego brat, nie zamierzał zajmować się więcej sytuacją Dystryktu A. Wolał pozostać pasywny w tej kwestii, nie narażając się ani szlachcie, ani Anderczykom. Wiedział, że Dystrykt A, nawet zmilitaryzowany i zorganizowany, jeśli takie coś w ogóle byłoby możliwe przez ludzi, które ostatnie sto pięćdziesiąt lat byli niewolnikami, nie był zagrożeniem dla Rao, to wolał nie prowokować losu.
Dzisiaj Anderczycy zamieszkujący Dystrykt A zajmują pozycję pomiędzy niewolnikiem a pełnoprawnym obywatelem królestwa Rao. W teorii według prawa są równi Raończykom, jednak w praktyce są traktowani jako gorsi, słabsi, głupsi. Dzieci anderskie uczy się jak czytać i pisać w raońskim, poza tym poznawały najbardziej podstawową matematykę. Większość z nich w przyszłości miała zajmować się tym, czym ich ojcowie i matki. Anderczycy zajmowali się przede wszystkim rolnictwem, kowalstwem, niektórzy byli drwalami, inni pracowali w kamieniołomach lub jako górnicy. Niewielu było szczęściarzy, którym udało się pełnić role sług na jakimś dworze jako lokaj lub kucharz. Oczywiście Anderczycy nie mieli żadnych wysokich i poważnych funkcji w swoich zawodach. Nigdzie nie dało się znaleźć Anderkę prowadzącą oberżę albo Anderczyka zarządzającego kuźnią. Czy to nienawiść Raończyków, uprzedzenie historyczne czy wpajane przez przodków tradycje, że kto jest Anderczykiem nie zasługuje na równe traktowanie? Ciężko stwierdzić. Większość tłumaczyło to słowami "tak się przyjęło".
Jednak nie tylko Raończycy pogodzili się z tą sytuacją. Mieszkańcy Dystryktu A nie protestowali już tak mocno, jak dawniej. Nie słychać było już o powstaniach przeciw tyranii Rao, nie było już krwawych przewrotów ani innych rewolt. Czy Anderczycy pogodzili się ze swoim losem, czy może przywykli do bycia popychadłami? Na to pytanie dzisiaj trudno byłoby odpowiedzieć. Wielu Anderczyków czekało już na dzień w którym zaborcy ogłoszą: Jesteście jednymi z nas! Zapomnijcie o swoim pochodzeniu i nazywajcie się teraz dumnie Raończykami. Jeszcze sto lat temu taka postawa mogłaby się skończyć linczem na Anderczyku przez swoich rodaków, ale dzisiaj było to całkiem normalne i akceptowane. Coraz mniej było Anderczyków, którzy w swoich domach nauczali swoje dzieci historii ich narodu, o potędze ich niegdyś istniejącego kraju, czy chociażby języka anderskiego, który wbrew pozorom nie był zakazany.
Była tylko jedna profesja w której Anderczycy byli szanowani, jeśli w ogóle można użyć tutaj takiego słowa jak szacunek - było to skrytobójstwo. Skrytobójcy Anderscy byli znani na całym kontynencie Nobil i nie tylko. Wielu szlachciców z Rao, Suxen czy nawet z bardziej odległych krajów posiadało Anderskiego skrytobójcę jako swojego ochroniarza. Posiadanie kogoś biegłego w parzeniu trucizn, zastawianiu i wykrywaniu pułapek oraz sztuce eliminacji wrogów okazywało się już niejednokrotnie niezastąpioną pomocą. Nawet sam obecny król Rao, Lothar Jedenasty posiadał Anderczyka jako jednego ze swoich najbliższych ochroniarzy. Były skrytobójca, Zyrius, prywatny ochroniarz króla, mistrzem szermierki, wielokrotnie odznaczony, którego król sam wybrał jako swojego "obrońcę" po tym jak uratował mu życie podczas jednego z bankietów przebijając swoim sztyletem gardło zamachowca, który był o dwa kroki od zadania królowi śmiertelnego ciosu ukrytym pod płaszczem ostrzem. Zamachowiec działał na rzecz nieznanych do dzisiaj pracodawców, ale Zyrius dostąpił największego od dwustu lat zaszczytu dla Anderczyka, stając się zarazem najwyżej postawionym w Rao Anderczykiem w historii. Ochroniarz króla mocarstwa, które zajęło terytorium Anderczyków jeszcze pięćdziesiąt lat temu uchodziłby za zdrajcę swojego narodu. Dzisiaj jednak wielu dałoby wiele by móc dostąpić takiego zaszczytu. Anderczycy po prostu pogodzili się z tym, że nie odzyskają swoich terenów i kraju, a przynajmniej większość z nich. Chcieli by Raończycy uświadomili to sobie i wreszcie zaczęli traktować ich jak równych. Nie wiedzieli ile lat jeszcze będą żyć w cieniu, ale mieli nadzieję. Anderczyk, który stawiał się raońskim władzom, zwalczał opresję wywoływaną na swoich rodakach i nie godził się na traktowanie jak sługi był dziś największym przeciwnikiem większości Anderczyków. Czasy zdecydowanie się zmieniły...
Siedemnastoletniego Daniela nie dotyczyły jednak te wszystkie rzeczy. Historia losów Andery, triumf Rao, Dzień Zwycięstwa zbliżający się szerokimi krokami nie interesowały go. Nie miały z nim nic wspólnego - tak przynajmniej twierdził. Dwa dni temu osiągnął pełnoletniość i jedynymi istniejącymi dla niego teraz problemami był egzamin wstępu do Armii Królestwa Rao. Nie podążał za niczyimi wskazówkami jeśli idzie o swoją przyszłość. Matka i ojciec wielokrotnie odradzali mu wybranie tej ścieżki życiowej i zajęcie się czymś "bardziej ambitnym". Jednak Daniel nie chciał ich słuchać - czy to z lenistwa czy z braku pomysłu na lepsze życie? Może to przez to, iż lubił gdy ktoś nim dyrygował? Nie zamierzał zostać przedsiębiorcą, który będzie miał pod sobą kilkanaście osób, za które będzie odpowiadał i którymi będzie dyrygował.
Daniel nie był Raończykiem. Urodził się w Anderskiej rodzinie, a później został adoptowany przez swoich rodziców. Nie wiedział niczego więcej o swojej przeszłości. Przypadki takie, jak on nie zdarzały się często. By raońskie małżeństwo mogła adoptować anderskie dziecko potrzebna była zgoda samego króla Lothara. Oczekiwanie na decyzję zajęło matce i ojcowi Daniela prawie pół roku, ale ostatecznie został on wyniesiony do rangi Raończyka.
Rodzice Daniela - Gabriela i August byli jednymi z zamożniejszych ludzi zamieszkujących Dystrykt A. Ojciec Daniela, hrabia Helm posiadał spory jak na zamieszkującego Dystrykt A majątek. Stwierdzić można, że był w pierwszej piętnastce najbogatszych ludzi byłych terenów Andery. Matka pełniła funkcję typowej damy, której jednym zajęciem było dobrze wyglądać na przyjęciach. August Helm miał smykałkę do interesów i dlatego był jednym z najwyżej cenionych doradców w kraju. Z jego zdaniem i opinią liczyli się nawet zagraniczni baronowie. Ostatnimi jednak laty hrabia Helm ograniczył swoją działalność w tym zakresie i skupił się na zarządzaniu swoim dworem. Chciał też poświęcić więcej czasu żonie i dzieciom.
Piętnaście lat temu, gdy Daniel miał dwa lata, zdecydowali się na adopcję anderskiego chłopca. Nigdy jednak nie wyjawili mu dlaczego i jakie były ich motywy. Ilekroć Daniel pytał swoim rodziców o swoje pochodzenie, albo w jakich okolicznościach został zaadoptowany, temat był momentalnie zmieniany. Po kilkunastu próbach zdał sobie sprawę, że nie warto próbować znowu zadawać tego typu pytań. Jedno było jednak pewne - hrabina Helm nie zaadoptowała Daniela ponieważ nie była pewna swojej brzemienności. Już dwa lata po adopcji Daniela Gabriela urodziła córkę, którą nazwała Enma. Ona i Daniel byli przykładem kochającego się rodzeństwa, którzy wszystko za dziecięcych lat robili razem, bawili się, uczyli. Każdy kto znał Daniela jako lenia lub kogoś, komu całkowicie na niczym nie zależy, nie mógł mieć pojęcia jak kochającym starszym bratem był. Wraz z decyzją brata o chęci przystąpienia do armii relacje między nim a Enmą pogorszyły się, starała się go unikać i nie wdawać się z nim w rozmowy. Była na niego zła. Nie chciała stracić swojego brata, a wiedziała, że służba w armii oznacza większość czasu poza dworem, a w przyszłości być może jego przeprowadzkę do innego miasta. Wolała też nie myśleć o tym, że cokolwiek mogłoby stać się jej bratu podczas pobytu w armii.
Pomimo innego pochodzenia, innego koloru włosów, oczu, lekko jaśniejszego odcienia skóry (wszyscy Anderczycy czystej krwi byli zielonookimi blondynami o bladym odcieniu skóry, natomiast Raończycy mieli włosy czarne lub kasztanowe i ciemniejszą karnację), Daniel nigdy nie czuł się w swoim domu jako ktoś obcy. Sytuacja nie zmieniła się nawet ani trochę po narodzinach Enmy. Od kiedy pierwszy raz przekroczył drzwi dworu Helm czuł się jak równy im. Sześć dni po jego oficjalnej adopcji wezwany został czarodziej z samej stolicy Rao Shado, by naznaczyć go Brzemieniem. Było to oznakowanie, który każdy prawowity obywatel Rao posiadał na swojej twarzy, znak w kształcie gwiazdy z dziewięcioma ramionami, symbol przymierza Rao z Kreatorem - na prawym policzku dla mężczyzn, na lewym dla kobiet. Znamię to nakładane było za pomocą magii przez wyznaczonych czarodziejów sprowadzanych prosto ze stolicy i wykonywane było raz na rok na narodzonych przez ostatni rok dzieciach. Jednak wpływowość hrabi Helma pozwoliła mu zyskać widzenie czarodzieja na wyjątkowych warunkach. Znak Gwiazdy Kreatora, bo tak właśnie się nazywała, był koloru jasnoniebieskiego, który świecił się i przygaszał na zmianę. Nie dało się go niczym usunąć, nawet gdyby wyciąć sobie kawałek skóry z owym naznaczeniem. Znak ten towarzyszył Raończykowi do śmierci.
Sam znak jednak nie oznaczał, że ludzie z otoczenia Daniela nie znali jego prawdziwego pochodzenia. Po prostu różnice rasowe między Raończykami a Anderczykami były tak oczywiste, że nie dało się nikogo zmylić w tej kwestii. Matka Daniela zaproponowała mu nawet w wieku dwunastu lat, czy nie chciałby by przefarbować mu włosy na czarno lub kasztan, ale odmówił nie widząc wtedy jak i teraz żadnego sensu w tym zabiegu.
Będąc Anderczykiem wyniesionym do statusu pełnoprawnego Raończyka nie znaczyło, że nie otrzymywał złośliwych komentarzy ze względu na swoje pochodzenie. Czasem nawet jego koledzy z szkoły nabijali się z niego. Nie traktował tego jakby było to coś ważnego dla niego, bo tak właśnie odczuwał. Nie ponosił odpowiedzialności za to, w jakiej rodzinie, w jakich czasach i gdzie się urodził, więc dlaczego powinien czuć się przez to gorzej? Zastanawiał się wielokrotnie co by się stało, gdyby wychował się w rodzinie Anderskiej jako syn służki i pomocnika szewca lub czegoś innego w tym guście. "Urodziłem się pod szczęśliwą gwiazdą" - była to jego odpowiedź na wszystkie pytania związane z jego pochodzeniem i adopcją zadawane przez innych.
Daniel był chłopakiem o ponadprzeciętnej urodzie, kwadratowa szczęka, duże, zielone oczy, długie, na co dzień spięte w kucyk blond włosy i chłopięcy wyraz twarzy. Miał duże powodzenie u płci przeciwnej, ale sam jakoś nie okazywał za bardzo zainteresowania w kierunku dziewczyn, co czasem martwiło jego matkę. Lata spędzone na treningach z najlepszymi nauczycielami szermierki, fechtunku i innych sztuk walki sprawiły, iż był bardzo wysportowany i zahartowany. Dbał o to, co je i nigdy nie przepadał za "dworskimi łakociami". Był dobrze zbudowany, miał dość szerokie barki, ponad metr osiemdziesiąt wzrostu. Idealny kandydat na żołnierza - jak powtarzał swoim rodzicom. Czy czuł aż takie powołanie do armii? Czy był gotów oddać życie za kraj w przypadku wojny z Cesarstem Suxen? Nie. Wybrał tą drogę ponieważ był laikiem w naukach ścisłych, nie miał smykałki do interesów jak swój ojciec i nie znosił atmosfery przyjęć dworskich. Poza tym walka była tym, w czym czuł się naprawdę dobrze. Nie osiągnął jeszcze poziomu swoich mistrzów, ale był według ich blisko, co napawało go czymś w rodzaju dumy. Miał talent do wielu typów broni, najsłabiej nauka szła mu w broniach dystansowych. Nauczyciel tłumaczył mu, że nie ma cierpliwości łucznika, a kuszy nigdy nie nauczył się właściwie trzymać. Jego ulubionym orężem był miecz dwuręczny, przyczynił się też do tego jego nauczyciel właśnie od tego typu broni. Był to doświadczony, już po pięćdziesiątce emerytowany rycerz królewski, który był przyjacielem jego ojca imieniem Emil. Ser Emil widział w nim wielki potencjał i wierzył, że gdyby postarał się mocno mógłby zostać w przyszłości rycerzem królewskim jak on niegdyś. Daniela zawsze fascynowały opowieści Ser Emila i gdy był jeszcze młodszy to zawsze chciał być taki jak on.
Tego wieczoru rodzina Helm miała zjeść uroczystą kolację w największej z sal dworu. Na ową posiłek zaproszeni zostali ser Emil, mistrz Daniela od walki broniami dwuręcznymi, Główna Służka Kreatora, Matka Ursula, najwyżej postawiona duchowna w Dystrykcie A i przewodniczka Klasztoru Dziewięcioramiennej Gwiazdy oraz Czarodziej Kino. Ten ostatni był osobą, która naznaczyła Daniela Brzemieniem. Daniel dowiedział się o ich obecności dopiero dwie godziny przed kolacją, co dało mu do zrozumienia, iż powinien ubrać się bardziej ekstrawagancko niż zwykle. Nałożył na siebie koszulę z białego lnu ze stójką, na to tunikę z oliwkowego aksamitu zdobioną taśmą przy dekolcie i czarne skórzane spodnie i żółte ciżemki. Co więcej spiął włosy w warkocz, co bardziej odpowiadało kolacji w takim towarzystwie.
Spóźnił się, jak zwykle. Przecenił swoje umiejętności szybkiego ubierania i mycia się. Gdyby powiedział rodzicom, że nie przybył na czas bo ćwiczył walkę mieczem, oczywiście sam bo ser Emil był przecież już przy stole z innymi uczestnikami kolacji, to spotkałaby go kara o której wolał nie myśleć, dlatego postanowił załatwić to kłamstewkiem o bólu głowy i potrzeby zaczerpnięcia świeżego powietrza. Spóźnił się jakiś kwadrans, sługi nie zdążyły podać jeszcze głównego dania. Na stole leżały przystawki wszelakich rodzajów. Wszystkie oczy zostały skierowane na niego. Na twarzy jego ojca pojawił się lekki grymas niezadowolenia. Był ubrany bardzo podobnie do syna, również miał na sobie aksamitną tunikę, tylko jego była w kolorze jasnoniebieskim. Jego matka i siostra także wyglądały jak dwie krople wody, miały na sobie długie purpurowe suknie i dużo makijażu na twarzach. Ser Emil jak zwykle siedział w swojej rycerskiej zbroi, z którą się nie rozstawał, jednak po tylu latach służby nikt nie śmiał powiedzieć mu, że czasem warto włożyć na siebie coś bardziej gustownego. Matka Ursula miała na sobie najprostszą szatę w jakiej można spotkać każdą początkującą siostrę klasztorną, koloru czarnego z wielką dziewięcioramienną niebieską gwiazdą. Czarodziej Kino był ubrany purpurową szatę obszytą czarnym futrem na obu ramionach, on najbardziej wyróżniał się spod wszystkich obecnych na sali.
- Gdzie byłeś synu? - zapytał ojciec gniewnym głosem. Wstał i wskazał gdzie Daniel ma usiąść. Był niższy od syna o dobre dziesięć centymetrów, jeśli nie więcej. Jak na mężczyznę blisko pięćdziesiąt letniego wyglądał bardzo dobrze. Na głowie miał podobnie jak syn długie, splecione w kucyk kasztanowe włosy z siwymi akcentami. Twarz pokrywały zmarszczki, masywna broda.
- Musiałem zaczerpnąć świeżego powietrza ojcze - odpowiedział spokojnie Daniel zajmując miejsce koło siostry, mając na przeciw siebie ser Emila, co ucieszyło go w głębi duchu. - Miałem potworne bóle głowy.
- Zapewne miałeś... - podsumował lakonicznie ojciec.
- Auguście spokojnie - wtrąciła się hrabina Gabriela. Była jeszcze niższa od swojego męża i bardzo pulchna. Przy swoich rodzicach Daniel wyglądał, jak olbrzym. Miała zapadnięte niebieskie oczy i nienaturalnie proste, czarne włosy - Najważniejsze, że już jesteś z nami synu.
- Dobrze, także skoro już się zjawiłeś - ojciec ciągle patrzył na Daniela, ale wyraźnie się uspokoił. - Pragnę oficjalnie powitać naszych gości na tej skromnej kolacji, Wasza Świątobliwość, to dla nas zaszczyt - skierował swoje słowa do Matki Ursuli i ukłonił się nisko.
- Przyjemność po mojej stronie hrabio - odpowiedziała cichym, zmęczonym głosem starsza kobieta z wieloma zmarszczkami na twarzy i krótkich siwych włosach, również wykonując skłon.
- Ser Emil de'Lance - zwrócił się do mistrza Daniela. - To dla nas zaszczyt.
- Jestem wdzięczny Auguście, że obecność tak starego rycerza jak ja jeszcze dla ciebie coś znaczy. Dobrze móc jeść z tobą w czasach pokoju przyjacielu - odparł ciepłym głosem starszy łysy mężczyzna z wieloma bliznami na twarzy i odciętym kawałkiem prawego ucha.
- A także Czarodziej Kino. Jestem zaszczycony mogąc gościć Królewskiego Maga w swoich skromnych progach - zaadresował ostatnią osobę, po drugiej stronie stołu.
- Aż ciężko uwierzyć, że byłem u was ostatnio piętnaście lat temu gdy... - długowłosy, brodaty, wysoki mężczyzna o kasztanowych włosach powstrzymał się od wspominania o tym, że jedna z obecnym przy tym stole osób nie była rodowitym Raończkiem - To znaczy, ekhem... to zaszczyt.
- A to właśnie mój syn Daniel - wskazał na swojego syna.
- Miło mi cię znowu zobaczyć chłopcze. Pamiętam Cię jeszcze jak byłeś taki malutki - pokazał na palcach Kino i uśmiechnął się do niego.
- Ojciec wiele mi wspominał o Królewskich Magach. Jesteście elitarną jednostką, prawda? - zaciekawił się Daniel.
- Tak, tak, ale nie mogę niestety wiele o nas mówić, wybacz.
- Rozumiem i przepraszam.
- Nie przejmuj się tak - znowu uśmiechnął się ciepło. Pomimo krzywego nosa i śmienie niskiego wzrostu wydawał się bardzo miłą osobą.
- A więc to będzie nas przyszły rycerz, tak? - wtrąciła się Matka Ursula. - Jestem pod wrażeniem twojego wyboru chłopcze.
- A jakże! - prawie krzyknął ser Emil. - Chłopak ma w sobie coś co zdarza się raz na stu wojowników. Rycerz, pff, też mi coś. Rycerzem to mógł zostać ktoś pokroju mnie, jego czeka przyszłość Czempiona albo nawet wyżej.
- No no, nie rozpędzajmy się aż tak ser Emilu - zastopowała go hrabina Gabriela. - Decyzja podjęta przez Daniela nie jest jeszcze ostateczna.
- Jakże nie ostateczna? - oburzył się Emil. - Przecież chłopak gada od tym ostatnie pięciu księżyców o tym non stop.
- Dlatego tu właśnie jesteśmy, nieprawdaż? - wtrącił się znowu Czarodziej Kino. - Chcemy poznać ostateczne plany Daniela na przyszłość i błogosławić mu w jego decyzji na przyszłość.
- Nie wiadomo nawet, czy zda egzamin wstępu do armii, także nie ma co się o to martwić - uspakajała wszystkich Gabriela.
- Wielmożna hrabino, jeśli pani pozwoli - ser Emil uśmiechnął się bardzo szeroko. - Jeśli ma pani jakieś wątpliwości i nadzieje, że Daniel w jakiś sposób nie zda tego egzaminu sprawnościowego, to zapewniam panią, że musiałby mieć ręce i nogi związane. Co więcej! Musiałby mieć usta zakneblowane, bo byłby w stanie pokonać swoich rywali za pomocą samej szczęki.
- Bez przesady ser Emilu - odpowiedziała hrabina lekko zdegustowana.
- W każdym bądź razie rozumie pani co mam na myśli. Dzisiejszy egzamin na sprawność to też żart, w porównaniu z tym co my kiedyś mieliśmy. Teraz każdego łamagę biorą... - zakpił lekko ser Emil.
- Jeśli, powtarzam, jeśli - dodał hrabia August. - Jeśli decyzja mojego syna będzie ostateczna i zechce wstąpić do Armii Królewskiej to nie będzie przechodził żadnego egzaminu wstępnego. Już moja głowa w tym. Daniel nie będzie zaczynał od zera, nie dam zrobić z niego rekruta, porozmawiam z generałem Jinem i poproszę go by mianował go giermkiem jakiegoś rycerza.
- Auguście! Od kiedy popierasz ten pomysł? - rozłościła się mama Daniela.
- Nie popieram moja droga, ale jeśli nasz syn dokonał wyboru i zamierza się go trzymać to ja to uszanuję.
- Godne podziwu - powiedział Czarodziej Kino bacznie obserwując. - Jednak może to być źle widziane w oczach niektórych.
- No właśnie panie hrabio, tak nie można - uśmiech pierwszy raz zszedł z ust ser Emila. - Ja jak nikt inny wiem, że chłopak jest przeznaczony do wielkich rzeczy, ale egzamin wstępny to poważna rzecz i nie można traktować tego jak błahostkę. Toż to nie wypada.
- A jakie jest twoje zdanie Danielu? - dysputę zakończyła Matka Ursula.
Daniel liczył, że nie zostanie poproszony o głos. Nie wiedział co odpowiedzieć, nerwowo rozglądał się po sali. Była ogromna, ściany rzeźbione różnorakimi malunkami i freskami. Rzeźby i portrety przodków rodu Helm wszystkie wydawałby się na niego patrzyć. W końcu jego uwagę przykuł wielki herb rodziny Helm wyszyty na zielonym płótnie - miecz z wychodzącymi z niego białymi skrzydłami. Był piękny. Było w nim coś, co rozgrzewało w nim jego serce, a przecież nie powinien. Daniel był adoptowany i robił wszystko by wpasować się w obraz wymarzonego syna, jednak nigdy nie czuł przywiązania do historii nie swoich przodków. Kochał swoich rodziców za to co dla niego zrobili i za to jak dobrzy dla niego byli, ale nie interesowała go historia ludu Helm. Zarazem nie chciał wiedzieć niczego o swoim prawdziwym pokoleniu, nigdy nie próbował niczego szukać na własną rękę. Skoro rodzice uważali, że nie ma o czym mówić to zapewne mieli rację. Zresztą, czego mógł się dowiedzieć? Pewnie jego ojciec i matka umarli przy okazji jakiejś zarazy, przeciw którym Anderczycy zamieszkujący Dystrykt A nie potrafili się obronić. Większość z nich nie było stać nawet na podstawowe lekarstwa, więc jak mogliby się obronić przed zarazą? Może po prostu jego matka umarła przy porodzie a ojciec... nie ważne. Nie chciał przeszłości, nie interesowała go. Żył tym, co przynosiło życie i chwytał każdą chwilę z niego. Może i był leniwy, może i nie takiego syna sobie wymarzyli jego rodzice. Oczekiwali po nim czegoś innego, to było jasne. Walka była jedyną rzeczą, w której czuł się dobrze, pokonywanie przeciwnika, nauka od silniejszego, udowadnianie sobie swoich sił i stawianie sobie nowych granic, taki właśnie był.
- Synu, Matka Ursula zadała Ci pytanie - przerwał jego myślenie i wpatrywanie się w herb ojciec.
- Tak ojcze - wykrztusił z siebie po chwili Daniel. - Ja... po prostu patrzyłem na Herb Helmów i zdałem sobie sprawę z dużej ilości rzeczy. Wiem, że nie jestem waszym prawdziwym synem. - Matka i Ojciec Daniela unieśli brwi wysoko. Nie spodziewali się takich słów wychodzących z ust syna. - Urodziłem się Anderczykiem i zdaję sobie sprawę jak wygląda nasz dzisiejszy świat. Nie jest on idealny ale możemy mieć tylko nadzieję, że cokolwiek się zmieni. I chcę, żebyście wiedzieli, że nigdy nie czułem się tutaj jak w obcym miejscu. Ten dwór, wasze twarze, te wszystkie portrety, rzeźby, każda część tego dworu dawała mi ciepło ogniska domowego, za które pragnę wam podziękować. Także tobie Enma. Dorastanie z tobą u mojego boku było najwspanialszą rzeczą na świecie. Dzięki tobie nauczyłem się tak wiele i zapewne wiele jeszcze nauczę. Przyjęliście mnie tu, wy wszyscy, również ty Mistrzu Emilu jak swojego. Zdaję sobie sprawę, że być może w wielu kwestiach nie jestem takim synem, jakiego oczekiwaliście. Nigdy nie wspominaliście o tym jak mnie adoptowaliście i dlaczego to zrobiliście. Nie oczekuję odpowiedzi, bo nie obchodzi mnie ona. Nie musicie mi mówić, bo z Anderczykami nie mam już nic wspólnego. Jestem Raończykiem, dzięki wam mam życie, o którym inni mogliby tylko pomarzyć. Możliwe, że urodziłem się pod szczęśliwą gwiazdą, tego wiedzieć nie mogę. Pragnę także przeprosić za to, że niektóre z moich decyzji, zwłaszcza ostatnimi czasy, nie były bardzo aprobowane przez was. Przepraszam także ciebie Enma za to, że czujesz się zdradzona przez swojego brata. Chce żebyś wiedziała, że ja nie uciekam. Myślę, że muszę zrobić coś dla siebie. Jest to bardzo ważne dla mnie. Zawsze myślałem, że w życiu wszystko się jakoś samo ułoży i że co ma się stać to się stanie, ale tak nie jest. Przyszedł taki moment w moim życiu, że potrzebuję celu, potrzebuję widzieć w tym wszystkim sens. Po wielu przemyśleniach doszedłem do wniosku, że chcę być wojownikiem. Już za młodu słuchałem wszystkich opowieści Mistrza Emila z zaciekawieniem i zdałem sobie sprawę, że chcę tego wszystkiego dla siebie. Bitwy z Suxen, krucjaty na Zimne Krainy, podróże przez pustynie. To brzmiało tak fantastycznie gdy byłem młodszy, jak sen. Teraz jednak wiem, że los przygotował to dla mnie. Chcę przystąpić do armii. I proszę, ojcze, żebyś nie interweniował w żaden sposób w mojej sprawie. Pragnę rozpocząć na samym dnie jako rekrut, by pewnego dnia, mam nadzieję, stać się królewskim rycerzem tak dzielnym jak Mistrz Emil. Jeszcze raz chciałem was przeprosić, jeśli nie spełniłem waszych wszystkich oczekiwań i dziękuję, że daliście szansę Anderskiemu chłopcu, z jakiegokolwiek powodu, nie ważne. Jestem wdzięczny wam wszystkim.
Oczy zarówno matki jak i ojca wypełniły łzy, Enma przytuliła się do brata tak mocno jak jeszcze nigdy. Była malutka, nic dziwnego, że Daniel nazywał ją żartobliwie karłem. Metr pięćdziesiąt, chuderlak zarówno na twarzy jak i na ciele. Do tego dochodziły jeszcze długie do pasa kruczoczarne włosy. Twarz ser 'Emila ugościła ponownie uśmiech, gdy patrzył na chłopca, którego uczył od dziecka sztuki walki mieczem, był z niego dumny jakby był jego własnym synem. Czarodziej Kino zaczął nieśmiało bić brawo, a Matka Ursula zamknęła oczy i wyszeptała jakieś błogosławieństwo.
- Wspaniała przemowa chłopcze - powiedział Czarodziej Kino.
- Masz serce wojownika dzieciaku! - krzyknął ser Emil. - I nie pozwól im wmówić ci, że jest inaczej. Zapamiętaj moje słowa. Żyj jak wojownik, umieraj jak wojownik.
- No no, to drugie było niepotrzebne Emilu - wrzucił hrabia August, ocierając łzy z oczu.
- Jestem taka dumna synu - w przeciwieństwie, do ojca Daniela, jego matka płakała coraz bardziej i najwyraźniej nie zamierzała przestać.
- Niech Kreator ma cię w opiece chłopcze - podsumowała Matka Ursula.
- Służba! - prawie wrzasnął hrabia a do sali natychmiast weszło sześć bladoskórych blondynek w fartuchach z pełnymi tacami. Po braku błyskającego niebieskiego znaku na policzkach można było od razu stwierdzić, że to Anderki. Szybko położyły dania na stole i ulotniły się z powrotem do kuchni.
- Pozwolą państwo, że poproszę Kreatora o pobłogosławienie naszych posiłków- Matka Ursula wstała i wyciągnęła prawą rękę do przodu.
- Nie inaczej Wasza Świątobliwość - odparł pokornie hrabia Helm.
- O Kreatorze, nas stwórco i panie, pobłogosław ten posiłek, by dał nam siły na walkę z przeciwnościami świata i pokusami, z którymi na co dzień się spotykamy. Pobłogosław także obecnego tu mężczyznę - ręka Matki Ursuli skierowana była teraz na Daniela. - Na wybranej przez niego drodze życia, daj mu siłę i wiarę na tej niebezpiecznej, lecz szlachetnej drodze. Niech prowadzi go sprawiedliwość.
- Sprawiedliwość, hm? - powiedział w duchu sam do siebie Daniel. - No, może być. Od czegoś trzeba zacząć.
Kolacja minęła szybciej niż Daniel sobie wyobrażał, nie nudził się nawet tak bardzo, bo ser Emil opowiedział kilka ciekawych historii ze swoich czasów rycerskich. Ojciec wdał się później w polityczne dyskusje z Czarodziejem Kino, a Enma wydawało się, że przykleiła się już na stałe do Daniela, który od czasu do czasu głaskał ją po głowie i powtarzał jej, że będzie dobrze. Najcichszą osobą podczas wieczoru była Matka Ursula, która właściwie tylko przytakiwała i uśmiechała się, gdy towarzystwo wspominało jakiś zabawny temat. Ser Emil musiał powstrzymać się od swoich sprośnych historyjek w obecności Ursuli, a także Enmy.
Goście właśnie żegnali się z głową rodziny, hrabią Helmem, gdy Daniel opuszczając salę, w której odbywała się kolacja, gdy Daniel usłyszał wołanie ojca.
- Synu, Czarodziej Kino pragnie porozmawiać z tobą jeszcze przez chwilę.
- Tak jest ojcze - odpowiedział i zawrócił.
Czarodziej Kino czekał na niego tuż przy stole dopijając ostatni kieliszek wina, którego wypił najwięcej ze wszystkich obecnych na kolacji. Sprawdził raz jeszcze, czy wszystkie butelki z winem na pewno zostały opróżnione i odwrócił się twarzą do Daniela. Był jedyną wyższą od niego obecną w tej sali osobą, jednak o wiele chudszą. Właściwie, to wyglądał jakby był niedożywiony, bardziej nawet niż Enma.
- O jesteś mój drogi chłopcze - powiedział, odkładając nonszalancko pusty kieliszek na stół. - Wyczekiwałem cię.
Daniel nic nie odpowiedział, tylko spojrzał czarodziejowi głęboko w oczy. Były czarne jak smoła, przerażające do pewnego stopnia. Cała postać Kino była niepokojąca, co jakiś czas miewał jakby napady drgawek, ręce, raz prawa raz lewa, wykonywały jakieś dziwne niekontrolowane ruchy. Ciężko sobie wyobrazić jak zdołał nie oblać się winem przez cały wieczór.
- Gdy tak patrzę na ciebie to wiem, że miałem rację. - jego wzrok wędrował to po suficie, to po ścianach, jakby nagle zaczęła go interesować architektura dworu Helm. - Gdy twoja matka i ojciec zaadoptowali cię i kazali mi naznaczyć cię Brzemieniem to wiedziałem, że jest w tobie coś, co szybko nie da o tobie zapomnieć. Pomyślisz, że zwariowałem ale zapewniam Cię, wy po prostu macie coś w sobie. Zastanawiasz się pewnie o kim mówię, ale już rozwiewam twoje wątpliwości. Chodzi mi o twoich ziomków, Anderczyków. Widziałem przy kolacji, że sam stwierdziłeś, że nie masz problemu rozmawiać o tym, bo zapewne męczyło cię to, że wszyscy otaczający cię ludzie nigdy z tobą o tym nie rozmawiali...
- Właściwie to...- wtrącił się Daniel. - Jakoś nigdy na to nie zwracałem uwagi.
- Och - obruszył się lekko czarodziej - Nie mniej jednak. Mówiąc o twoich ziomkach chodziło mi o Anderczyków, ale mój drogi chłopcze, nie o wszystkich. Widzisz, może i zabrzmi to źle, tudzież nietaktownie z mojej strony, ale uważam, że my, znaczy Raończycy, jako rasa jesteśmy... bardziej zorganizowani od was. Wiem, wiem co powiesz, jednak wysłuchaj mnie do końca. Chodzi o to, mój anderski przyjacielu - Daniel doznał lekkiego szoku, gdyż przez cały jego pobyt u Helmów nikt nie zwracał się do niego per Anderczyku. - Chodzi o to, że my jesteśmy bardziej przeciętni, po prostu. Wy macie większe rozwarstwienie jednostek. O czym mówię? - Spojrzał za siebie kilka razy, jakby chciał upewnić się, że nikt go nie obserwuje. - Słuchaj, u nas jest zwyczajnie mniej głupich niż u was, rozumiesz? Nasze chłopy mądrzejsze od waszych, bardziej rozgarnięte. Waszym to idzie wmówić, że do Słońca da się dojść na piechotę, naszego do tego nie przekona. Jednak, jednak - Kino zacmokał głośno. - Macie wybitne jednostki, o tak. Wiem coś o tym. Chce, żebyś wiedział, że Anderczyk, który wybije się w hierarchii Rao jest skazany na sukces. Widzę zdziwienie na twoich oczach, ale musisz wiedzieć, że takie same zdziwienie w oczach widziałem już wcześniej u moich kolegów w Królewskich Magach. Wiem, że mówiłem, że nie zdradzę ci niczego na temat naszego zgromadzenia, ale jeśli Cię to interesuję, to mogę rąbka tajemnicy.
- Słucham - była to pierwsza rzecz, która tak naprawdę zaciekawiła Daniela przy słowotoku pochodzących od czarodzieja.
- Królewskich Magów jest w tym momencie czterdziestu dwóch, włączając od rekrutów po mistrza - Kino uśmiechnął się. - Anderczyków między nami, wzniesionych do statusu Raończyka rzecz jasna, sam talent magiczny zobowiązuje do wykonania tego aktu, a tak szczerze to nie mają oni za bardzo wyboru, rozumiesz? Anderski mag nie na usługach Rao? Król nie pozwoliłby sobie na takie coś. Jednak nie zbaczając z tematu, Anderczyków między nami jest czterech, w tym dwóch arcymagów. Nie zamierzam wchodzić tutaj w szczegóły naszej hierarchii, ale powiedzmy, że arcymag to już ktoś bardzo blisko mistrza. Także jak widzisz, jesteście skazani na sukces. No i oczywiście Zyrius, żywa legenda twojego ludu. Gdy spotkałem tego chłopaka, gdy spojrzałem mu w oczy to sam przekonałem się, że jest taki, jakim go opisują.
- Spotkał Pan Zyriusa? - Daniel zaciekawił się jeszcze bardziej. Wielokrotnie słyszał o Zyrionie i zawsze zastanawiał się, czy naprawdę jest tak dobry jak opisują go opowieści. Marzeniem byłoby stoczyć z nim pojedynek, albo chociaż zamienić parę słów.
- Hehe, chłopcze - Kino uśmiechnął się tak szeroko, że jego twarz teraz wyglądała bardzo nienaturalnie. - To ja wcieliłem go do Rao. Dokładnie tak samo jak Ciebie. Cztery godziny po tym jak uratował króla tego pamiętnego dnia, zostałem poproszony o nałożenie Brzemienia na Zyriusa. Właściwie, to bardzo przypomina mi Ciebie Danielu. Widzę ten sam ogień w twoich oczach, który widziałem w jego. Może i próbujesz zmydlić wszystkim oczy, że szukasz swojej ścieżki, że nie chcesz na siłę zostać szlachcicem, ale ja... ja mój drogi chłopcze znam prawdę. Ty już znasz swoją ścieżkę, potrzebujesz tylko mapy, bo droga, którą wiedziesz nie jest prosta. Potrzebujesz czegoś, za co będziesz chciał walczyć, za czym będziesz mógł się ująć. Wiesz co to takiego?
- Nie wiem szczerze - Daniel nie chciał rozczarować Kino. Pomimo jego dziwnego zachowania i ekstrawaganckiego zachowania, czarodziej zaimponował mu swoją bezwzględną szczerością, a nawet czuł szacunek do jego osoby.
- Hm, rozumiem. Potrzebujesz pomocy - Kino poklepał Daniela po ramieniu. - Nie martw się. Zyrius też na początku nie wiedział za co chce walczyć, ale odnalazł swoją ścieżkę. Ja nie mogę Ci powiedzieć co powinno być twoim drogowskazem chłopcze, ale pragnę byś TO wziął.
Kino wyciągnął ze swojego płaszcza lśniący amulet w kształcie wagi. Kamień z którego był zrobiony był czarny, ale miał metaliczny połysk. Odważniki pulsowały na jasnożółty kolor, podobnie jak Brzemię na jego policzku. Daniel nigdy nie widział czegoś podobnego na oczy.
- Wiesz co to jest? - zapytał czarodziej.
- Nie - odpowiedział lakonicznie i ze zdumieniem Daniel. W swoim życiu widział już dużo szlachetnych kamieni i kosztowności, ale nic nie było tak hipnotyzujące jak ta maluteńka waga na sznureczku.
- To maginium, prastary surowiec, którego na dzisiejszym świecie nie wiele już zostało - odparł Kino. - Dawniej magowie używali go do uprawiania tajemnych sztuk magii. Bardzo rzadki i bardzo cenny.
- Jest piękny - powiedział przypatrując się w relikt jak zaczarowany.
- Robi wrażenie prawda? Kiedyś z maginium wykuwano miecze i zbroje, których egzemplarzy jest dzisiaj tylko kilka na świecie, poza tym amulety i pierścienie posiadały magiczne moce. Ten jednak tylko błyszczy - westchnął czarodziej. - Przynajmniej tak wynika z moich obserwacji. Także opiekuj się tym dobrze, to będzie zapewne twoja najcenniejsza rzecz. Noś go z dumą.
- Ja? Daje mi go pan? - Daniel był zszokowany. Dlaczego ktoś, kogo widzi drugi raz miałby mu dawać tak cenny przedmiot.
- Tak, oczywiście - uśmiechnął się czarodziej. - Jest twój.
- Jeśli mogę to chciałbym zapytać, dlaczego?
- Możesz i odpowiedź brzmi bez powodu. Chociaż - Kino nerwowo podrapał się po skroni. - Daje Ci go, bo Cię polubiłem chłopcze, może tak być?
- Yyy oczywiście - chłopak był zdumiony, ale nie zamierzał odrzucać takiego pięknego i cennego podarku.
- Tylko proszę, nie sprzedawaj go jeśli możesz - dodał czarodziej. - Fortuny wam nie brakuje, a nie chcę by taki piękny okaz maginium wpadł w łapska jakiegoś anderskiego przemytnika, bez urazy dla twoich ziomków.
- Nie czuję żadnego przywiązania do swojego ludu - wtrącił się Daniel.
- A powinieneś Danielu, a powinieneś... - powiedział prawie szeptem mag. - Także niech ten amulet przypomina Ci cel twojej walki drogi chłopcze. Sprawiedliwość, taki miał on być?
- Szczerze to nie wiem nic o sprawiedliwości, ale spodobało mi się to hasło z ust Matki Ursuli - po tych słowach zdał sobie sprawę, że powiedział to jak do dobrego znajomego, a nie wysoko postawionego obdarzonego talentem magicznym Raończyka.
- Może i tak - Kino zakasłał. - Liczę jednak na to, że poznasz ją w swoim czasie.
Po tych słowach założył chłopakowi świecący amulet niczym na jakimś pasowaniu czy rozdaniu nagród.
- Dziękuję za podarek i rozmowę. Była bardzo pouczająca - skwitował Daniel.
- Nie, nie chłopcze - mag znowu uśmiechnął się nienaturalnie szeroko. - To JA ci dziękuję. Powodzenia. Teraz idę pożegnać się z twoimi rodzicami i siostrą. Do zobaczenia. Mam wrażenie, że jeszcze się kiedyś spotkamy.
Czarodziej oddalił się w stronę wyjścia i rozpoczął dialog z rodzicami Daniela, który ciągle wpatrywał się w prezent. Może i nie był magiczny, ale robił wrażenie i przyciągał oczy. Pasował nawet do oliwkowej tuniki, którą miał na sobie. Nie wiele wiedział o Czarodzieju Kino, ale szybko go polubił i podobnie jak on miał wrażenie, że jeszcze kiedyś się spotkają.
 
     
Supreme King


Dołączył: 20 Gru 2014
Posty: 8
Wysłany: 2014-12-25, 18:47   

Może ktoś jeszcze to przeczyta kiedyś i rzuci jakimś komentarzem, 2 rozdział.

Rozdział II

Życie klasztorowe w Dystrykcie A nie było tym, czym dawniej. W dzisiejszych czasach coraz mniej osób uczęszczało na Wędrówki - tak nazywano nabożeństwa, które odbywały się co dziewięć dni w klasztorze. Jakoby tego było mało, nie łatwo jest dostać się do samego klasztoru, bo państwo nie zamierzało masowo przyjmować na "łatwą kasę". Rolę duchowne w Rao mogły pełnić tylko kobiety, mężczyźni nie byli "godni" odprawiać wędrówek, tak bowiem było zapisane w Księdze Gwiazdy Dziewięciu, najważniejszego i jedynego prawdziwego reliktu, którym Kreator obdarował lud Rao przez prorokinię Mirre, ponad tysiąc lat temu, właśnie wtedy powstał Klasztor Dziewięcioramiennej Gwiazdy. Władza klasztoru była wtedy bardzo znacząca, zdarzało się nawet, że Wybrana - głowa Klasztoru, która stoi na szczycie hierarchii, miała większą władzę w państwie niż królowie zasiadający na tronie Rao. W dzisiejszych czasach słudzy Dziewięcioramiennej Gwiazdy pełnią rolę "drogowskazów" zagubionych ludzi. Klasztor sam w sobie nie ma żadnej władzy nad niczym, poza samym sobą. Utrzymywany jest z pieniędzy płynących od króla, dlatego też Nefre, obecna Wybrana Klasztoru stara się nie wchodzić w drogę i krytykować polityki króla Lothara Jedynastego. Taka sama dola dotyczyła wszystkich pozostałych członkiń Klasztoru, od zwykłej siostry, po Główne Służki Kreatora. Rolą tej instytucji nie było już pouczać bogatych, wpływowych, a nieść pomoc biednym, zagubionym i niezdemoralizowanym. Pouczenie bezwzględnego urzędnika lub grubiańskiego żołnierza mogło skończyć się tylko kłopotami dla Klasztoru, więc angaż w cokolwiek było związane z polityką państwa odpadał pod jakimkolwiek względem.
Klasztor nie pełnił już żadnej istotnej roli, był tylko instrumentem do pokazywania na arenie międzynarodowej, który miał ukazywać jak w Rao dba się o tradycję. Uczestnictwo publiczne sióstr i matek klasztornych na naradach, spotkaniach i bankietach także dobrze wpływało na wizerunek. Teoretycznie każdy Raończyk był członkiem od samego urodzenia, ale praktycznie liczba uczęszczających na Wędrówki nie przekraczała czterdziestu procent społeczeństwa. Większość tych ludzi to utracjusze, nędzarze, biedacy lub rzemieślnicy średniego szczebla. Zdarzają się oczywiście wyjątki, gdzie zamożny szlachcic chodzi regularnie do Klasztoru, czy to z powodu wiary, czy by poprawić swój wizerunek, ale tego stwierdzić już nie można. Sam król Lothar Jedenasty uczęszczał na Wędrówkach kilka razy do roku, co jeszcze bardziej osłabiło pozycję klasztorną. Do tej pory wszyscy poprzedni władcy uczęszczali regularnie na te uroczystości. Nie był on zagorzałym wrogiem Klasztoru. Uważał, że samo naznaczenie się Brzemieniem oznacza oddanie swojego życia Kreatorowi, więc po co uczestniczyć w niepotrzebnych spotkaniach co piętnaście dni, które na dodatek wszystkie odbywają się w takim samym schemacie. Poza tym, czy Kreator na pewno istnieje? Czy są na to jakieś dowody? "Jedna księga przez tysiąc lat to kiepski wynik", tak mawiał za każdym razem gdy pytano go o jego stosunek do wiary. Nie był natomiast typem rewolucjonisty, dlatego tak jak nie zamierzał na nowo wprowadzić niewoli dla Anderczyków, nie zamierzał zwalczać Klasztoru.
Problem leżał też w szeregach sióstr i matek klasztornych. Zdarzają się tam kobiety tak bezbożne i zepsuty jak wśród szlachty raońskiej. One też były jedną z przyczyn, dlaczego wierni odsunęli się od Kreatora i zwątpili w jego istnienie. Jeśli sam król nie do końca jest pewien funkcjonowania tej instytucji i religii, to dlaczego zwykły chłop miałby?
Zostać siostrą klasztorną nie było łatwo, zwłaszcza w Dystrykcie A. Liczba miejsc była ograniczona, a poza tym każda kobieta musiała spełniać odpowiednie kwalifikacje by móc wstąpić w szeregi klasztorne. Oczywiście Anderki nie mogły dołączyć, gdyż wyznawały inną wiarę i nie były naznaczone Brzemieniem, czyli nie były nawet częścią wspólnoty. Poza tym kandydatka na siostrę nie mogła być starsza niż dziewiętnaście lat i nie mogła pochodzić z biednej rodziny. Klasyfikacja taka miała służyć temu, by biedota nie pasożytowała na państwie i kobiety, które chcą zostać siostrami wybierały tą drogę z powołania, nie z chęci poprawy swoich warunków życia.
Lili co prawda nie pochodziła z biednej rodziny, wręcz przeciwnie, jej rodzice byli szlachcicami i to wysoko postawionymi. Jej ojciec był Baronem Dystryktu, który był najważniejszą osobą na terytorium byłej Andery, odpowiadał przed samym królem. Bycie baronem znaczyło w teorii zajmowanie najważniejszego miejsca w samym Dystrykcie. Niemniej jednak fakt, że Lili pochodziła z takiej rodziny nie czynił tej sytuacji wyjątkową, sprawa była bardziej złożona.
Jej dołączenie do Klasztoru było bardziej skomplikowane niż w większości przypadków. Zanim została przyjęta jako siostra znajdowała się pod opieką Matki Ursuli ponad rok, wyczekując na ukończenie przez nią piętnastych urodzin. Jedno było pewne, pierwszy kontakt Lili z Klasztorem nie był przyjemny. Po morderstwie Barona Pure'a i jego żony, została sierotą. Matka Ursula przygarnęła dziewczynkę by pomóc jej w tych strasznych dla niej momentach. Kim byli mordercy? Dwójka wynajętych Anderskich zabijaków, którzy zostali złapani pięć dni po dokonaniu tego czynu i straconych na miejscu.
Nie było to niczym nadzwyczajnym dla władz Rao, ponieważ nie liczyło się kto dokonał morderstwa, a kto owe zlecił. Oczywistym było to, że było to zabójstwo na tle politycznym, a i podejrzani wydawali się oczywiści. Człowiek, który został nominowany przez króla nowym Baronem Dystryktu A - Heron Black, który na dodatek był otwartym przeciwnikiem i wrogiem ojca Lili. Wielokrotnie był przesłuchiwany w sprawie morderstwa barona i jego małżonki, ale bezskutecznie. Ponad to żaden ze znanych władzom tropów nie był w stanie połączyć Herona z wynajętymi zabójcami. Tego dnia świat Lili runął, z bycia córką najbardziej wpływowego człowieka w dystrykcie, stała się sierotą. Teoretycznie należał się jej nie mały spadek, ale według prawa Rao, nie mogła go przejąć do ukończenia dwudziestu dwóch lat, dlatego też została praktycznie z niczym. Klasztor był dla niej jedyną deską ratunku w tym czasie, z której chciała czy nie była zmuszona skorzystać. Baron Pure był człowiekiem o poglądach niemile widzianych wśród elit politycznych i szlachty, chciał wolności i równouprawnienia dla Anderczyków. Nie zamierzał, jak niegdyś Lothar Oświecony, przywrócić państwa Andera i nadać im autonomii, tylko wynieść ich ze slumsów i nadać prawa, którymi poszczycić się może każdy Raończyk. Zamach na jego osobę nie był dużym zaskoczeniem dla nikogo, z królem włącznie. Postanowiono po cichu załatwić tę sprawę i oficjalna wersja brzmiała tak, że Anderscy bandyci zabili Barona Pure'a i jego małżonkę w celu rabunku. Oczywiście nie wielu było takich, co uwierzyli w tamtym czasie, ale sprawa jakoś rozeszła się po kościach. Samemu Lotharowi Jedenastemu sytuacja ta też była na rękę, bo nie podzielał entuzjastycznych poglądów Pure'a o równości Anderczyków, wolał trzymać ich krótko. Usunięcie go z pozycji Barona Dystryktu mogłoby jednak wzbudzić duże kontrowersje, a przecież sam nadał mu to stanowisko, pod namową Zyriusa, ale wciąż oficjalnie była to jego decyzja. Dlatego Black był człowiekiem, który dużo bardziej mu odpowiadał. Był może i mniej inteligentny, mniej obyty w wysokich sferach i nie potrafił się zachować na poważnych przyjęciach, ale był posłuszny jak pies. Ponadto był wrogiem Anderczyków, bo nie można tu już mówić o niechęci. Zapewne gdyby sam został królem to natychmiast przywróciłby niewolnictwo. Nie była to też idealna postawa dla Barona, ale dużo bardziej odpowiadała królowi Lotharowi niż wizje Barona Pure'a. Świadom był też tego, że to Black stał za tym morderstwem, ale nie zamierzał wyciągać z tego żadnych konsekwencji w sytuacji, gdy pilnie potrzebował kogoś na stanowisku barona. W dodatku z brakiem dowodów nie można wtrącić szanowanego obywatela, szlachcica z długowiecznego rodu do więzienia, przecież nie chciał wychodzić na tyrana przy swoich ludziach. Wybór pomiędzy zaspokojeniem rządz Anderczyków a narażeniu się szlachcie Rao był oczywisty.
Przed tym całym incydentem Lili była wychowywana jak typowa szlachcianka. Poznała paletę zachowań i manier dworskich, była uczona nauk ścisłych i humanistycznych, pokazywała się na przyjęciach ze swoimi rodzicami. Jej relacje z rodzicami można było uznać za wzorcowe, Baron Oliver Pure, pomimo pracowania po kilkanaście godzin dziennie w Budynku Rady Dystryktu, znajdował czas dla Lili, poświęcał też wolne chwilę na spędzenie czasu z żoną. Lia Pure, jej matka, była dość surowa dla córki, surowo pilnowała, by córka przykładała się do nauki, zmuszała ją do czytania książek pisanych przez wybitnych pisarzy i zabierała ją ze sobą do swoich przyjaciółek szlachcianek. Mimo to była dobra i miała złote serce. Sama nieraz zwierzała się córce, że nie wie czy dobrze ją wychowuje, ale pragnie dla niej tego, co najlepsze. Lili była też uczona sztuki walki, strzelanie z łuku a także fechtunku na prośbę jej ojca. Dziewczynie niezbyt podobał się ten pomysł, ale Baron Pure zapewniał córkę, że w dzisiejszych czasach każdy musi wiedzieć do czego służy miecz, mimo czasów pokoju. Kilka lat później nie wydawało jej się już to takie głupie, żałowała nawet, że nie przykładała się bardziej do nauki.
Tej nocy, gdy państwo Pure zostali zamordowani Lili widziała to wszystko na własne oczy. Dwójka uzbrojonych, bez dwóch zdań Anderczyków, pod osłoną nocy wbiegła do jadalni podczas wieczornego posiłku, zastając całą trójkę rodziny przy stole. Jak tam się dostali? Część sług zapewne została przekupiona, część zabita przez intruzów lub załatwili ich zdradzieccy strażnicy. Ojciec i matka Lili kazali jej uciekać, a już dwie sekundy później jedno z nich miało strzałę wbitą w czaszkę, drugie sztylet w gardle. Lili uciekała ile sił, przez długi korytarz do kuchni. Tam spotkała jednego ze sług, chłopaka kilka lat od niej starszego imieniem Kiron. Anderczyk służył w jej dworze odkąd miał dwanaście lat, był od niej trzy lata starszy. W wolnych chwilach, gdy rodzice nie patrzyli bawili się razem, Kiron opowiadał jej różnie historię. Pomimo relacji pan - sługa, traktowała go trochę jak starszego brata. To on ją ocalił tej tragicznej nocy. Pokazał jej sekretne wyjście z dworu przez ukrytą klapę w kuchni, z której sam zamierzał skorzystać gdy wchodziła. Powiedział, że sam Baron pokazał mu to przejście, bo ufał mu najbardziej ze wszystkich swoich sług. Zaraz po tym jak wyjaśnił jej swój plan ucieczki, oprawcy wkroczyli do kuchni. Nie było czasu, Kiron rzucił się na nich z nożem kuchennym tylko po to, by kupić czas dla Lili. Zrozumiała co chce osiągnąć jej przyjaciel i z łzami w oczach otworzyła klapę i uciekła sekretnym przejściem... sama.
Tej nocy zrozumiała, że jej matka, ojciec a nawet sługa, którego bardziej postrzegała jak rodzeństwo byli gotowi poświęcić wszystko by ona mogła żyć. Dlaczego to zrobili? Nie była nikim wyjątkowym! Nie potrafiła docenić wysiłku jaki jej matka wkładała w jej naukę, ani ciężkiej pracy taty. Nie raz zachowywała się wobec Kirona jak rozwydrzony bachor, krzyczała i obrażała go, więc dlaczego to wszystko? Jeśli chcieli, by żyła i była silna to zapomnieli ją poinformować, jak żyć z takim ciężarem.
Zmieniła się. Po dołączeniu do grona klasztornego stała się bardzo cicha i pokorna. Z czasem pogodziła się z myślą o utracie swojego poprzedniego życia. Drogie suknie, bankiety i własna służba nie były już dla niej. Teraz musiała znaleźć sobie nowy cel w życiu. Ognisko domowe zapewniała jej Matka Ursula. Pomimo złośliwych uwag i początkowego odtrącenia jej ze strony Lili, była dla niej dobra, wyrozumiała. Nie próbowała jej mydlić oczy i mówić, że wszystko jakoś się ułoży. Powtarzała jej, że musi być silna, że Kreator chciał, by to właśnie ona przeżyła tamten koszmar, chciał jej życiu nadać nowy cel. Może i była łatwowierna, ale uwierzyła jej. To nie mógł być wszystko zbieg okoliczności! Kreator chciał, by przeżyła. Miał co do niej plany, a ona chciała wiedzieć jakie. Dlatego przyjęła życie jako jego służka już nie jako przymus, ale jako coś ważnego. W momencie przyjęcia ślubów klasztornych umarła stara, beztrosko żyjąca Lili, narodziła się za to nowa, silna, pewna, wierna siostra Lili Pure, której pozostało żyć wspomnieniami swojej byłej siebie, ucierając nowe ścieżki ku chwale Kreatora, niosąc pomoc tym, którzy jej potrzebują. Podczas swojego krótkiego życia na dworze była pod okiem najlepszych nauczycieli, ale najwięcej nauczyła ją tamta noc. Jej mama, tata a nawet ktoś, kogo oficjalnie nazywała sługą uwierzyli w nią, dlatego ona powierzyła swoje życie wierze Kreatora, w dobro ludzi i w lepsze czasy dla Rao i świata.
Jednak to nie było największym przełomem w jej życiu. Podczas jednej ze swoich modlitw spotkało ją coś, o czym nigdy nikomu nie powiedziała, nie chciała i nie czuła takiej potrzeby. Została wybrana, Kreator wybrał ją. Obdarzył ją łaską i nie zamierzała eksponować się przed całym światem. Dar, który otrzymała chciała wykorzystać, to była jej misja. Od tego czasu postanowiła, że będzie pomagać wszystkim tym, którym nie jest w stanie, bądź też nie chce pomóc państwo. Założyła własną lecznicę, skrytą w piwnicach starego, opuszczonego spichlerza, który posiadał kilka konstrukcyjnych wad. Władze Dystryktu miały go usunąć i zbudować na jego miejscu coś innego, ale plany te z nieznanych jej powodów zostały oddalone. Tam właśnie mieściła się jej nocna pracownia. Znana była w świecie podziemia jako Biała Uzdrowicielka. W dzień była zwykłą siostrą, uczęszczającą na modlitwy razem z innymi, nocą jednak narzucała na siebie białą szatę z kapturem, skrywając swoją twarz w obawie o swoje bezpieczeństwo. Nie bała się żadnego ze swoich pacjentów, byli to zazwyczaj najubożsi Anderczycy, cierpiący na wszelakie choroby i zakażenia, nie stanowili dla niej żadnego zagrożenia. Poza tym, po co mieliby ją atakować? Co by przez to osiągnęli. To nie ich się obawiała. Magowie i władze Rao, to byli ludzie, przez których czuła się zagrożona. Gdyby wiedzieli kim jest, mogliby ją zabrać, chcieć wykorzystać jej dary do niewłaściwych celów, a przecież ludzie tutaj potrzebowali jej bardziej niż kto inny na świecie. Robiła właściwą rzecz, była pewna. Wierzyła, że może im pomóc tak samo, jak Kiron wierzył, że musi jej pomóc. To był jej obowiązek, jej powinność, dlatego Kreator ją wybrał i dał jej ten dar. Podwójne życie wiązało się z dużym ryzykiem, stresem i zmęczeniem, ale było to ryzyko, którego zamierzała się podjąć.
Tej nocy też zamierzała udać się do swojej lecznicy, odwiedzała ją coraz częściej i coraz bardziej czuła, że wymykanie się po nocach i spędzanie tyle czasu z ludźmi chorymi, zakażonymi, odbija się na jej własnym zdrowiu, ale nie już przestać.

***
Pomieszczenie w którym się znajdowali przypominało Klasztor. Wszystko było jasnożółte, światło wpadające przez okna było tak jasne, że patrzenie na cokolwiek bez mrużenia oczu było nie lada wyzwaniem.
- Znowu się tam wybierasz Lili - powiedziała istota stojąca naprzeciw ołtarza głosem, którego nie mógłby wypowiedzieć żaden człowiek. Wpatrywała się w obrazy, które miały być podobiznami Kreatora. Każda z nich przedstawiała go inaczej, jednak jako rycerza w niebiańskiej zbroi, ze skrzydłami, druga jako mędrca medytującego na pagórku, spoglądającemu na krajobraz przepełniony drzewami. Była to niezwykła istota, wyglądała jak dziewczyna o długich, złocistych włosach, ubrana w białą suknię. Twarz by prawie niewidoczna, a może wcale nie miała twarzy? Jednak dokładnie było widać jej oczy, a właściwie to, co powinno być w ich miejscu. Z jej gałek ocznych wydobywało się jasnożółte światło. Lili znajdowała się w pierwszym rzędzie ławek klasztornych, klęczała i modliła się. - Nie uważasz, że tak częste zaglądanie do twojej leczniczy może ci zaszkodzić.
- Rozmawiałyśmy już o tym Creda - odpowiedziała spokojnie. - Ci ludzie mnie potrzebują.
- Troszczysz się o nich aż tak bardzo? - Creda brzmiała tak, jakby jej głos odbijał się potrójnym echem. - Powinnaś czasem pomyśleć też o sobie.
- Za bardzo się przejmujesz - Lili próbowała ją zbyć.
- Przejmuje się, bo zależy mi na tobie - istota odwróciła się i stanęła Lili tuż przed twarzą. Nie przerażała ją ani trochę, czuła się przy niej bezpiecznie.
- Dziękuje za twoją troskę, ale nic mi nie będzie - Lili złapała ją za rękę i uścisnęła i mocno ścisnęła.
- Dlaczego mnie chwyciłaś za dłoń? - Creda nie była przyzwyczajona do takich zachowań.
- Tak ludzie okazują sobie troskę - uśmiechnęła się i zaczęła gładzić długie włosy Credy.
- Ah. W takim razie... - Creda odwzajemniła uścisk i też pieściła włosy Lili. Nie były tak długie jak jej. Lili była bardzo drobną dziewczyną, chudą i niską. Miała krótkie, sięgające szyi włosy spięte w kilka warkoczyków, czarne włosy i piwne i drobny nosek.
- Tego dnia, gdy Kreator zesłał mi Ciebie zrozumiałam, że nie mogę już nigdy odwrócić się plecami do potrzebujących, rozumiesz prawda?
- Staram się. Wasz świat jest taki skomplikowany - Creda znowu podeszła do ołtarza i wędrowała wzrokiem po całej kaplicy.
- Z twoją pomocą mogę go zmieniać na lepszy. Dziękuję Ci za tą możliwość.
- Dziękowałaś mi już tyle razy. Nie mi Ciebie kwestionować. Bez wątpienia to co robisz jest prawe. Co najważniejsze, wierzysz w to całym swoim sercem, a póki tak wygląda sytuacja, nie opuszczę Cię. Wiara trzyma mnie przy tobie.
- Pięknie tutaj - Lili także zaczęła rozglądać się po klasztornej sali otulonej światłością.
- To miejsce wygląda tak jak sobie tego życzysz, wiesz przecież o tym, nie rozumiem twojej fascynacji - Creda była oschła, ale nie była to uwaga złośliwa, tylko spowodowana nie zrozumieniem sytuacji.
- Wiem, ale... Chciałabym, żeby w moim świecie istniało takie miejsce, tak piękne, spokojne, bezpieczne.
- Wiesz, że nie umrę wraz z tobą, prawda? - Creda spojrzała jej głęboko w oczy.
- Nie umrę, nie jestem jeszcze na to gotowa. Kreator dał mi misję, którą muszę podążać.
- Twoja wiara jest ogromna Lili. Czynisz mnie przez to silniejszą. Chce, byśmy były razem jak najdłużej. Obiecaj mi, że nie dasz się zranić nikomu i niczemu. Musisz zawsze wierzyć, tylko wtedy będę wstanie Cię obronić. Obiecujesz, że nigdy nie przestaniesz wierzyć?
- Spokojnie Creda - dziewczyna znów złapała istotę za rękę. - Ja nigdy nie zwątpię.

***

Wymykanie się co noc z Klasztoru nie należało do najłatwiejszych rzeczy. Oczywiście ukrywanie się podczas opuszczania placówki było konieczne. Jednorazowe wyjście można jakoś wytłumaczyć, ale prawie codzienne, w dodatku o takich porach budziłoby podejrzenia. Na to Lili nie mogłaby sobie pozwolić. Nikt nie mógł się dowiedzieć o jej placówce, ta wiedza należała się tylko światu podziemia, ludziom potrzebującym. Patrząc na to realistycznej, grupa ludzi spotykająca się w piwnicy budynku, który miał zostać zburzony dawno temu, mogło znaczyć tylko jedno - spiskowcy. Nawet jeśli udowodniłaby władzom Rao, że nie szpiegowała z grupą biednych i schorowanych, w większości Anderczyków, to nie byłaby wstanie wytłumaczyć im co tam robią. Nie mogła zdradzić, że ich tu leczy, bo po pierwsze, to nielegalne, prowadzić taką placówkę bez zezwolenia władz, a po drugie, mogliby odkryć jej dar, mogliby odkryć Credę, a tego dziewczyna by nie przeżyła. No i dochodził jeszcze fakt, że była siostrą klasztorną, co mogłoby przysporzyć Klasztorowi jeszcze więcej problemów. Myślała kiedyś, żeby komuś o tym powiedzieć, przynajmniej Matce Ursuli, ona by zrozumiała, zawsze była dla niej taka dobra, to ona pokazała jej nową drogę i Kreatora, pozwoliła jej zostawić jej stare, pełne bólu życie za sobą. Jednak nie mogła ryzykować, Creda była dla niej zbyt ważna, dar leczenia był dla niej jedynym, co według niej była w stanie oferować temu światu. Potrafiła wyleczyć choroby i złamania o jakim najlepszym uzdrowicielom z Królewskich Magów się nie śniło. To właśnie ich bała się najbardziej, czarodziejów, bo jeśli ktoś zainteresowałby się Credą, to właśnie oni. Na pewno znaleźliby sposób na zabranie jej, a wtedy nie mogłaby bez niej żyć. Creda nie była już towarzyszem Lili, po prawie rocznej obecności w jej umyśle i ciele była częścią jej. Uzupełniały się, pomagały sobie zrozumieć trudne rzeczy, były przyjaciółkami, jeśli przyjaźń z czymś takim można w ogóle nazywać przyjaźnią. Bez niej, Lili nie miała już po co żyć.
Jak zwykle poczekała, aż każdy w Klasztorze, w większości kobiety, zasnął. Dzisiejsze modły skończyły się bardzo późno, dlatego nie miała pewności, czy już nikogo nie spotka na drodze wyjściowej. Nałożyła na siebie swoją białą szatę, narzuciła na głowę kaptur i ruszyła ku wyjściu. Minęła długi korytarz, który prowadził przez pokoje innych sióstr, pokonała schody na parter i z niezwykłą zwinnością i bezszelestnie przeszła przez salę główną świątyni, składając pokłon przed ołtarzem. Otworzyła drzwi i zamarła. Przed jej oczami pojawiła się Matka Ursula, która wyglądała na równie przestraszoną jak sama Lili. Nie wiedziała co powiedzieć, jak wytłumaczy swoje wyjście? Jak wytłumaczy swoje ubranie? Siostrom klasztornym nie wolno było nosić niczego innego niż standardowych szat, poza pobytem w łóżku oczywiście.
- Matko Ursulo, Wasza Wielebność, co robicie tutaj o takiej porze? Noc już czarna - próbowała zagadać Główną Służkę Kreatora.
- Wracam z kolacji u hrabiego Helma - odpowiedziała spokojnie. - Trwało to nieco dłużej niż się spodziewałam.
- U hrabiego Helma? - próbowała ciągnąć dalej. - Znałam jego syna, Daniela. Spotykaliśmy się na różnych przyjęciach. Pomimo tego, że jest ode mnie młodszy, inteligentny i mądry z niego chłopak, można było z nim porozmawiać, jego rodzice za to narzekali, że strasznie leniwy i tylko walka mu w głowie.
- Tak, Daniel zdecydował się wstąpić do armii, właściwie dlatego urządzone zostało to małe przyjęcie, taka powiedzmy "kolacja pożegnalna". Jego rodzice dalej nie byli przekonani co do jego wyboru, ale jego ojciec w końcu zdecydował się na wsparcie syna.
- Tak się cieszę, że chłopak znalazł swoją ścieżkę. I dokonał tego sam, w moim przypadku zawdzięczam tobie tak wiele Wasza Wielebność.
- Zawdzięczasz mi tak wiele, że powiesz mi, gdzie teraz się wybierasz w takim stroju, prawda? - wypaliła matka Ursula. - Skąd w ogóle masz takie ubranie?
- Wasza Wielebność, to sprawa bardzo delikatna, nie chcę was narażać - powiedziała zatroskanym głosem.
- O nie, nie moja droga. Znam Cię bardzo dobrze i wiem, że nie robisz niczego złego, ale pamiętaj, że nie możesz się narażać, możesz tym zaszkodzić Klasztorowi, a zwłaszcza sobie dziewczyno! Powiedz mi, gdzie się wymykasz.
- Chcę pomagać ludziom Wasza Wielebność - wiedziała, że jest już na straconej pozycji. Nie potrafiła kłamać matce Ursuli, nie po tym wszystkim co dla niej zrobiła. Zawdzięczała jej tyle, że to może i dobrze, że będzie miała z kim podzielić się tą tajemnicą, może nawet ją wesprze, albo pomoże z lecznicą.
- Wiem, Lili - Ursula złapała ją za rękę i ścisnęła. - Masz dobre serce, ale to dobre serce może wpakować cię też w kłopoty. Teraz powiedz mi, gdzie zamierzasz iść i po co.
- Do... - Lili poczuła, że traci kontrolę nad sobą.
Z jej oczu zaczęło wydobywać się jasnożółte światło, a jej skóra rozświetliła się, otaczała ją świetlista aura, jakby żółtawy dym.
- Wybacz, ale Lili nie chcę cię narażać - głos, który się wydobywał brzmiał całkowicie inaczej, niż Lili przed chwilą. Jakby każde słowo, które zostało wypowiedziane powtarzało się kilkukrotnie niczym echo. Ton głosu był dużo niższy niż ten Lili.
- Co tu się dzieje? - przerażona Ursula natychmiast puściła rękę Lili i cofnęła się kilka kroków. - Co zrobiłeś z moją Lili demonie! Zostaw ją w spokoju. O Kreatorze, Nasz Panie, miej litość... - wystawiła rękę w stronę dziewczyny i zaczęła odprawiać modły.
- Nie jestem demonem i nie chcę skrzywdzić Lili. Ona ma misję, którą musi kontynuować. Wierzy, że w taki sposób pomoże ludziom, a póki jej wiara jest silna, zostanę z nią jako jej stróż i towarzysz - głos był niekiedy trudny do zrozumienia. Creda sterująca ciałem Lili nie miała całkowitej swobody w tym, co robi i mówi, dlatego słowa wypowiadała bardzo powoli i niepewnie.
- Kłamiesz! - krzyknęła 'Ursula przerywając modlitwę. - Lili nigdy nie dałaby się opętać jakiemuś piekielnej zjawie! Opuść jej ciało natychmiast.
- Nie mogę tego zrobić, ona mnie potrzebuje - odpowiedziała jeszcze wolniej niż wcześniej. - Poza tym, to nie moja rzecz decydować o tym czy ją opuszczę. Jej wiara daje mi siłę. Nigdy nie spotkałam nikogo takiego jak ona. Póki ona wierzy i chce mojej pomocy, nie chcę, a właściwie to nie mogę jej opuścić.
- Kłamstwa! - zaczęła krzyczeć jeszcze głośniej. - Na pomoc! Demon! De...
Lili, a właściwie Creda sterująca jej ciałem uniosła rękę i wystrzeliła wiązkę jasnożółtego światła w matkę klasztorną. Kobieta z początku znieruchomiała, ale po kilku sekundach jakby odzyskała panowanie nad sobą, spojrzała na dziewczynę martwym wzrokiem. Tylko stała i patrzyła przed siebie bez emocji czy gestów.
- Lili wybrała swoją ścieżkę, nie możesz jej w tym przeszkodzić. Wybacz, jesteś szlachetną kobietą i życzę ci kiedyś tak wielkiej wiary jaką ona ma. Bądź spokojna. A teraz... zapomnij.
Dziewczyna znowu wystrzeliła z ręki żółte światło, po czym odeszła szybkim krokiem. Po chwili oczy dziewczyny wróciły do normalności, a jasna mgła otaczająca ją zniknęła.

***

- Na Kreatora, coś ty sobie myślała? - zapytała z żalem Lili. Znowu znajdowały się w tym samym pomieszczeniu przypominającym rozświetloną salę Klasztoru co wcześniej. Obie stały na przeciw siebie przy ołtarzu. - Możesz następnym razem mnie uprzedzić zanim zrobisz coś takiego?
- Wybacz - tutaj głos Credy nie brzmiał aż tak niezrozumiale. Włosy całkowicie zakrywały jej twarz, widać było tylko światełka w miejscu oczu. - Nie było czasu, mogłaś mieć kłopoty gdybym nie zareagowała.
- Wiem, wiem, przepraszam... - odpowiedziała z żalem Lili. - Po prostu, nie wiedziałam, że możesz przejąć kontrolę nade mną kiedy tylko będziesz chciała.
- Nie chciałam tego robić, wybacz raz jeszcze.
- Nie! - ponownie złapała Credę za rękę. - Wiem przecież, że chciałaś dobrze. Bardzo mi pomogłaś, dziękuję.
- Jednak... masz rację. To było nie na miejscu - Creda puściła jej rękę i odwróciła się do niej plecami. - Nie powinnam przejmować kontroli nad tobą. Obiecuję Ci, że nigdy więcej nie skrępuje cię w taki sposób.
- Czy Matka Ursula? - pytanie tego typu mogło być nieco nietaktowne w tak intymnym momencie, jednak musiała o to spytać.
- Nie będzie niczego pamiętać, dla niej wygląda to tak jakbyście nigdy się nie spotkały.
- Nie wiedziałam, że potrafisz takie rzeczy - powiedziała z uśmiechem na twarzy Lili. - Myślałam, że dzięki tobie mogę tylko leczyć.
- Sprawianie, by ludzie zapominali nie jest właściwe. Jednak czasem, najlepsze co można zrobić to zapomnieć - Creda wydawała się smutniejsza, choć trudno było to poznać po braku zmiany mimik i dziwnym do rozpoznania tonie głosu. - Masz rację, potrafię więcej niż dać ci moc leczenia.
- Tym razem poza uratowaniem ludzi z leczniczy, uratowałaś mnie. To ja zawsze dostaje wszystkie podzięki podczas gdy cała chwała należy się tobie. Chce więc podziękować Ci po raz pierwszy w imieniu moim i wszystkich ludzi, którym do tej pory pomogłaś...
- Pomogłyśmy - przerwała jej, odwróciła się i spojrzała na nią martwo. - Bez ciebie nie mogę istnieć, mówiłam Ci.
- Dziękuję - Lili objęła Credę mocno i przycisnęła jej głowę do swojego ramienia.
- To też zwyczaj ludzki? - zapytała jakby weselszym głosem.
- Tak, w taki sposób okazuje się sobie przyjaźń i to, że komuś zależy na drugiej osobie.
- Przyjemne - Creda odwzajemniła uścisk.

***

Lecznica była już przepełniona. Z początku ludzie, którzy wymagali pomocy czekali aż sama Lili przybędzie, ustawiali się w kolejce jakby czekali na audiencję u samego króla. Jednak teraz czuli się tutaj znacznie swobodniej. Część pacjentów, tych najbardziej schorowanych bądź w najgorszym stanie ustawiona była na czymś w rodzaju noszy lub stogach siana wyścielonych szmatami, które zastępowały łóżka. Pozostała część z mniejszymi urazami spokojnie czekała na jej przybycie lub doglądali swoich towarzyszy doli w gorszym stanie. Nie była już jedyną osobą, która zajmowała się schorowanymi. Pomagał jej jeden czarodziej i anderska dziewczyna, która służy w domu raońskiego lekarza Dystryktu A.
Sylvan, bo tak nazywał się owy mag, urodził się w rodzinie anderskiej. Należał do nielicznej grupy obdarzonych magią i do jeszcze mniej liczebnej grupy anderczyków z darem czarowania. Był kimś w rodzaju uchodźcy, jak każdy nie poddany władzom Rao czarodziej. Prawo co do magów było bardzo surowe. Każdy człowiek w dniu, w którym wykryta zostaje u niego magia zostaje naznaczony Wskaźnikiem. Było to zaklęcie działające na zasadzie czujnika. W momencie, w którym owy mag rzuci jakiekolwiek zaklęcie, natychmiast poinformowani o tym zostają Królewscy Magowie. Gdy czar zostanie rzucony, Pierwszy Czarodziej - głowa Królewskich Magów, natychmiast poznaje miejsce i osobę i rodzaj rzuconego zaklęcia. Prawo do użycia czarów posiadali tylko magowie spod skrzydła króla, reszcie nie wolno było rzucać zaklęć. Istniała możliwość wykupienia pozwolenia na rzucenie czarów, wtedy owy mag mógł korzystać z czarów gdziekolwiek by chciał, jednak nadal wiedza o rzuconym zaklęciu zostałaby przekazana Pierwszemu Czarodziejowi, w celu kontrolowania ewidentnych nadużyć. Rzecz jasna, owe pozwolenie na rzucenie czarów było bardzo drogie i zwykły plebejuszy, czy nawet ktoś średnio zamożny nie mógł sobie na nie pozwolić. Z tych powodów większość czarodziejów decydowała się dołączyć do Królewskich Magów, a przechodząc przez procedury rzecz jasna, bo samo dołączenie nie było takie łatwe. Magia sama w sobie była nieczęsto spotykana wśród ludzi zarówno z Rao, jak i Anderczyków, ale nie gwarantowała od razu życia jako elitarny żołnierz królewski. Podobno ponad połowa czarodziejów traciła życie przy samych procedurach rekrutacji do Królewskich Magów. Ta myśl dała Sylvanowi do myślenia, nigdy nie zdradził nikomu swoich umiejętność, poza swoimi najbliższymi i rodziną rzecz jasna. Dlatego też nie został naznaczony Wskaźnikiem i teoretycznie mógł rzucać czary frywolnie. W praktyce jednak, krył się ze swoim darem i starał się z niego nie korzystać w życiu codziennym bez konieczności. Nie chciał być monitorowany przez Pierwszego Czarodzieja. Myśl o dołączeniu do Królewskich Magów była kusząca, jednak myśl o straceniu życiu przy samym werbunku odrzucał go od tego pomysłu. Wolał już pozostać Anderczykiem, który w życiu skazany na życie jako popychadło niż umrzeć. Nie wychylał się, poznawał sztuki magiczne na własną rękę, przez co miał spore braki i daleko mu było do kogokolwiek z Królewskich Magów, jednak umiejętności, które posiadł wystarczały mu. Teraz miał możliwość wykorzystania ich w dobrym celu, jego dar mógł się przysłużyć ludziom w potrzebie. Co prawda jego moc uzdrawiania nie umywały się do tych Lili, ale potrafił leczyć proste złamania i tamować niegłębokie rany. Nie wiedział, podobnie jaką magią posługuje się Lili i kim tak naprawdę jest, ale nie obchodziło go to. Miał swoje tajemnice i szanował sekrety innych.
Cleo zdecydowała się pomagać Lili jako pierwsza. Nie była wykwalifikowaną pielęgniarką, nie znała nazw wielu chorób, nie potrafiła nazwać i sklasyfikować złamań, ale wiedziała "co w czym pomoże, a czego w jakim przypadku nie robić". Posiadała wiedzę praktyczną, jej praca ograniczała się do podawania narzędzi lekarzowi i ewentualnemu bandażowaniu pacjentów, czasami była obecna przy poważniejszych zabiegach, ale jej obowiązki tam też ograniczały się do "podaj mi to, przytrzymaj to". Zajmując się tym kilka lat nabyła umiejętności, które wykorzystywała w lecznicy. Lili przyjęła jej pomoc z wielką ulgą, bo przed tym jak się zjawiła ciężko było jej ogarnąć wszystkich pacjentów na raz. Może i Cleo nie wyróżniała się zdolnościami leczniczymi, jak sam Sylvan, ale była pomocą nie tylko praktyczną, ale i duchową. Pocieszała Lili i wspierała ją na duchu. Była kimś, kto przypominał jej, że ich cel jest szlachetny i prawy.
Naturalnie tylko Sylvan i Cleo wiedzieli kim Lili jest poza lecznicą. Lili wiedziała, że w razie odkrycia jej działalności musi zminimalizować niebezpieczeństwo narażenia siebie i Klasztoru.
- Uwaga wszyscy! - wrzasnął Sylvan momentalnie uspokajając tłum schorowanych. - Biała Uzdrowicielka już tu jest, proszę wszystkich o ciszę!
- Panienko - Cleo podbiegłą do Lili. - Proszę tędy. - Wskazała jej najbardziej potrzebującego pacjenta. Biedaczek miał odciętą rękę i wiele ran siecznych na ciele, zapewne został napadnięty przez rabusiów. Jego stan był fatalny.
- Już się za to biorę - powiedziała cicho Lili.
- Coś nie tak? - Cleo położyła rękę na jej ramieniu. Można powiedzieć, że były kimś w rodzaju przyjaciółek, pomimo tego, że niewiele o sobie wiedziały. Właściwie łączyła je tylko lecznica. - Późno się dzisiaj zjawiłaś. Ludzie się niecierpliwili.
- Nastąpiły pewne... komplikacje. - nie chciała zamartwiać Cleo.
- Ale wszystko w porządku? Wie panienka, że możesz mi panienka powiedzieć wszystko, co na sumieniu leży.
- Nie mów do mnie panienka, nie jestem twoim pracodawcą ani przełożonym - jej twarz była praktycznie nie widoczna, kaptur dobrze ją maskował, tylko znak dziewięcioramiennej gwiazdy na pulsujący na policzku zdradzał fakt, że jest Raoanką.
- Przepraszam.
- A teraz muszę mu pomóc. - rozłożyła ręce nad umierającym.
- Zatrzymałam na jakiś czas krwawienie, tylko tle mogłam zrobić - w głosie Cleo słychać było zmartwienie.
- Bardzo mu pomogłaś, dziękuję. Teraz postaram się mu pomóc - znowu tej nocy otoczyła ją jasnożółta aura, z jej rąk wychodziły jakby fale świetlne, które wchłaniane były przez ciało rannego. Po chwili jego rany zaczęły zanikać, goić się w niezwykle szybkim tempie, oddychał już znacznie spokojniej i przestał wyć z bólu.
Był to widok niesamowity, ale nie pierwszy raz spotkany w lecznicy. Cleo ciągle uznawała zdolności Lili za największe czary jakie w życiu widziała, ale jej przesadna fascynacja już dawno minęła. Ilekroć zapytana o to jaką magią się posługuje, Lili odpowiadała, że to Opaczność Kreatora, nie czary. Tego samego zdania był Sylvan. Nie wiedział dokładnie skąd i jak Lili posiadła swój dar, ale czarodziej potrafił wyczuć w drugim człowieku tajemne moce magiczne, w przypadku niej nie wyczuwał żadnych. Stawiał, że to raczej ma coś wspólnego z mistycyzmem i światem duchów, ale przekonany nie był.
Po chwili pacjent był wyleczony, wszelkie rany na ciele, które miał zniknęły, oczywiście poza odciętą ręką, bo mocy zregenerować rękę nie posiadała nawet Lili. Stanęła nad nim by sprawdzić, czy na pewno wszystkie rany na jego ciele zniknęły, gdy nagle poczuła zawroty głowy. Musiała się czegoś złapać bo inaczej by spadła. Cleo chwyciła ją za rękę i pomogła odzyskać równowagę. To też nie zdarzyło się pierwszy raz. Ciało Lili nie było przystosowane do takich wysiłków, jakich podejmowała się Creda udzielając jej możliwości całkowitego uleczenia umierającego człowieka. Ludzkie ciała były delikatne i samo udzielenie Lili zdolności leczenia przez Credę nie gwarantowało, że ona sama nie dozna uszczerbku na zdrowiu. Było to jednak ryzyko, którego była gotowa się podjąć.
- Wszystko w porządku? - Cleo była szczerze przejęta. Rozmawiała już wcześniej o tych zawrotach i zasłabnięciach z Lili, ale ta zbywała temat, jakby był jakąś błahostką.
- Nic mi nie jest, zaprowadź mnie do następnych.
Sylvan dołączył do nich, na chwilę odstawiając pacjentów.
- Mam tu jednego, moja magia utrzymuje go przy życiu, ale długo już na tym nie pociągnie - wskazał ręką o którego pacjenta chodzi. - Ukradł coś i został na tym przyłapany. Wiecie jak Rao traktuje Anderskich złodziejaszków? Po tym jak otrzymał chłostę przynieśli go tutaj, wykrwawia się na śmierć. Jeśli jest tu ktoś, kto potrzebuje natychmiastowej pomocy, to właśnie on.
- Pomożemy mu - odpowiedziała Lili.
- My? - zdziwiła się Cleo. - To znaczy, ja i panienka? Ja nie równam się... nie będę w stanie pomóc w takim przypadku, ja...
- Nie, przepraszam. Nie mówiłam o tobie. - Lili zdała sobie sprawę, że pomyślała o sobie i Credzie, jak o dwóch osobach, na dodatek wypowiedziała to na głos. Czyżby się zatracała? Chyba nie trafiła rozumu? Creda obiecała jej, że nigdy więcej nie przejmie kontroli nad nią bez jej zgody. Jednak wyglądało to tak, że tego już nie dało się naprawić, pozostawiła piętno, z którym Lili będzie musiała się zmagać.
 
     
Kamil 



Wiek: 31
Dołączył: 05 Maj 2011
Posty: 3807
Wysłany: 2014-12-27, 17:11   

a gdzie słowo zachęty? jakieś wprowadzenie może? (żeby wiadomo było czy to może poważniejsze fantasy czy coś bajkowego, a może historyczne fantasy?) w końcu to duża ilość tekstu i "ot tak" nikt tego nie przeczyta raczej. A tu nawet nie ma tytułu. O okładce nie wspominając... czy notce biograficznej, żebyśmy chociaż płeć znali i wiek - ja np. prawie nigdy nie czytam fantasy autorstwa kobiet (z paroma wyjątkami), bo zwyczajnie nie podchodzi mi.
 
 
     
Supreme King


Dołączył: 20 Gru 2014
Posty: 8
Wysłany: 2014-12-28, 13:21   

Kamil napisał/a:
a gdzie słowo zachęty? jakieś wprowadzenie może? (żeby wiadomo było czy to może poważniejsze fantasy czy coś bajkowego, a może historyczne fantasy?) w końcu to duża ilość tekstu i "ot tak" nikt tego nie przeczyta raczej. A tu nawet nie ma tytułu. O okładce nie wspominając... czy notce biograficznej, żebyśmy chociaż płeć znali i wiek - ja np. prawie nigdy nie czytam fantasy autorstwa kobiet (z paroma wyjątkami), bo zwyczajnie nie podchodzi mi.


Więc tak, niech no dobrze zrozumiem. Najważniejsze dla kolegi podczas wyboru książki jest to, kim jest autor, dobrze zrozumiałem? Tytuł tez widzę gra kluczową rolę, chociaż według mnie tytuł powinno się nadać książce dopiero po jej zakończeniu. Moja płeć i wiek to też widzę wielka rzecz dla kolegi, ale po nicku można wywnioskować, że jestem chłopcem. Ponadto to ile mam lat ma aż takie znaczenie? Wkleiłem tutaj moje bazgroły, bez żadnego zaplecza kursów o pisaniu itp, licząc, że ktoś coś poradzi. Przepraszam, że nie podszedłem do sprawy tak poważnie jak kolega i nawet nie zaznaczyłem, czy jestem chłopcem czy dziewczynką, do której klasy chodzę i czy to bajkowe czy poważne fantasy :-| .

Niemniej jednak dziękuje za komentarz.
 
     
Belial



Dołączył: 11 Lis 2013
Posty: 571
Skąd: Warszawa
Wysłany: 2014-12-29, 10:04   

W kursach pisania często wspomina się, żeby nie zaczynać od zrzucania informacji na czytelnika, tylko zaangażować go, wrzucić w jakąś akcję, a informacje o świecie dawkować stopniowo (i to niekoniecznie przez suchy opis).

Całkiem możliwe, że nie ma praktycznie komentarzy bo nie chce się nikomu przedzierać przez ścianę tekstu (opisów). Mówię po sobie. Więc faktycznie, może jakieś wprowadzenie byłoby dobrym pomysłem. O ile nie przepisanie tego na nowo. ;)

Cztery strony suchego wprowadzania do świata i postaci? Trochę zbyt wiele.
_________________
Różne Czytanie O książkach i komiksach ze świata.
For Culture's Sake O kulturze ze świata po ang.
Nocna podróż z książką po świecie Noc Książek w Warszawie (w planach).
 
     
Supreme King


Dołączył: 20 Gru 2014
Posty: 8
Wysłany: 2014-12-29, 13:20   

Belial napisał/a:
W kursach pisania często wspomina się, żeby nie zaczynać od zrzucania informacji na czytelnika, tylko zaangażować go, wrzucić w jakąś akcję, a informacje o świecie dawkować stopniowo (i to niekoniecznie przez suchy opis).

Całkiem możliwe, że nie ma praktycznie komentarzy bo nie chce się nikomu przedzierać przez ścianę tekstu (opisów). Mówię po sobie. Więc faktycznie, może jakieś wprowadzenie byłoby dobrym pomysłem. O ile nie przepisanie tego na nowo. ;)

Cztery strony suchego wprowadzania do świata i postaci? Trochę zbyt wiele.


Czyli muszę wszystko napisać od początku? No dobrze, tak zrobię.
 
     
Belial



Dołączył: 11 Lis 2013
Posty: 571
Skąd: Warszawa
Wysłany: 2014-12-29, 15:35   

To tylko sugestia, zrobisz co chcesz. Jak dla mnie 4 strony A4 (w wordzie) to zbyt dużo na suchy wstęp o historii.
_________________
Różne Czytanie O książkach i komiksach ze świata.
For Culture's Sake O kulturze ze świata po ang.
Nocna podróż z książką po świecie Noc Książek w Warszawie (w planach).
 
     
Supreme King


Dołączył: 20 Gru 2014
Posty: 8
Wysłany: 2014-12-29, 15:43   

To pierwszy raz gry piszę o świecie stworzonym, umiejscowionym w czasach porównywalnych z średniowieczem, dlatego chciałem żeby wszystko było jasne. Twoje sugestie są dla mnie oczywiste i zdałem sobie sprawę, że spartoliłem sprawę, dlatego zastanawiam się jak naprawić to, ale dziękuje za sugestie, przyjmę wszystkie.
 
     
Kamil 



Wiek: 31
Dołączył: 05 Maj 2011
Posty: 3807
Wysłany: 2014-12-30, 23:04   

Supreme King napisał/a:
Więc tak, niech no dobrze zrozumiem. Najważniejsze dla kolegi podczas wyboru książki jest to, kim jest autor, dobrze zrozumiałem?

Źle zrozumiałeś.

Supreme King napisał/a:
po nicku można wywnioskować, że jestem chłopcem.

a to nie takie pewne, wnioskowanie po nicku.



Sobie pooglądaj na żywo lub na youtube co mówią autorzy na różnych konwentach fantasy, gdy zachęcają do przeczytania swojej nowej, nikomu jeszcze nie znanej, powieści. W nikogo żaden debiutant nie rzuci kilkoma rozdziałami i nie powie "masz czytaj!" - co właściwie zrobiłeś. Myślisz że na forum książkowym ludzie są tak spragnieni czytania że przeczytają coś w ciemno? myślę że każdy tutaj ma nieustannie rosnący stosik nieprzeczytanych książek, których szansa na to że są wartościowe jest dużo bardziej większa (bo wybrane na podstawie rekomendacji znajomych, recenzji, czasem coś wybrane "bo ulubiony autor", czasami coś "bo świetna okładka, intrygujący tytuł i wielce zachęcająca notka na odwrocie").

Do powyższego obszernego tekstu brakuje przede wszystkim "słowa od autora". Tu odsyłam do wstępów i posłowi np. Stephena Kinga.
A co do kursów... może sobie lepiej przeczytaj "Jak pisać, pamiętnik rzemieślnika" autor ten sam. :)

Edit: Zadaj sobie pytanie: "Jak sprawić, aby obca osoba chciała przeczytać 4 kartki A4 mojego tekstu?" jak sobie odpowiesz i wymyślisz jak to zrobić to próbuj, pisz... może wtedy znajdą się chętni :)

Powodzenia!
 
 
     
Córka Lavransa 
Ma na imię Dżeny...



Wiek: 40
Dołączyła: 21 Sie 2009
Posty: 8520
Wysłany: 2015-01-08, 12:10   

OK, przeczytałam fragment, nie całość, bo niestety muszę zgodzić się z Kamilem, że
Kamil napisał/a:
każdy tutaj ma nieustannie rosnący stosik nieprzeczytanych książek

które na niego czekają... ;)
Będę zatem czytała na raty.

Pierwsza uwaga - rzeczywiście, wprowadzenie jest za długie. Przedstawiasz historię kraju i przedstawiasz i przedstawiasz. To nużące. Nie wszystko musisz mówić czytelnikowi od razu, część może wyjść w praniu. W tej chwili, kiedy się to czyta, ma się wrażenie, że odsiaduje się wyrok nad czytanką z historii.
Dystrykt A trochę za bardzo kojarzy mi się z "Hunger Games", mam wrażenie kalki.

Zdarzają ci się, czasem zabawne, wpadki stylistyczne. Ja poniższa:
Supreme King napisał/a:
Na głowie miał podobnie jak syn długie, splecione w kucyk kasztanowe włosy z siwymi akcentami.

Po pierwsze, to miłe, że uściśliłeś, że te włosy związane w kucyk były umieszczone na głowie. :hehe: . A po drugie - mieli te włosy podobne, czy identyczne? Bo wychodzi na to, że identyczne, w kucyku, kasztanowe z siwymi akcentami, a przecież wcześniej napisałeś, że syn był blondynem. A zatem?
Moim zdaniem powinno być "Miał długie, kasztanowe włosy z siwymi akcentami, które - podobnie jak syn - nosił spięte w kucyk." Nie podoba mi się słowo "kasztanowe", ale to już kwestia gustu, i włosy w kucyk mogą być spięte, ściągnięte, związane. Splecione raczej w warkocz.
Tak się trochę popastwiłam. ;)
_________________
Life is a game of inches.

Jestem tylko małym modkiem z wielkim Tasakiem.
 
     
Procella 



Wiek: 36
Dołączyła: 28 Maj 2009
Posty: 2210
Wysłany: 2015-01-08, 12:39   

Córka Lavransa napisał/a:
o pierwsze, to miłe, że uściśliłeś, że te włosy związane w kucyk były umieszczone na głowie.

zUa Córka, teraz mam dziwne wizualizacje :lol: :zlo
_________________
Tumblr ~*~ Instagram ~*~ GoodReads
Raziel napisał/a:
Cthulhu fh'tagn i do przodu.
 
     
Córka Lavransa 
Ma na imię Dżeny...



Wiek: 40
Dołączyła: 21 Sie 2009
Posty: 8520
Wysłany: 2015-01-08, 18:16   

Ach, ach, jak mnie to cieszy...! :evil2:
_________________
Life is a game of inches.

Jestem tylko małym modkiem z wielkim Tasakiem.
 
     
elfrun 
Wojowniczka



Wiek: 46
Dołączyła: 02 Lis 2008
Posty: 2651
Skąd: Langangen
Wysłany: 2015-01-08, 21:35   

Procella napisał/a:
Córka Lavransa napisał/a:
o pierwsze, to miłe, że uściśliłeś, że te włosy związane w kucyk były umieszczone na głowie.

zUa Córka, teraz mam dziwne wizualizacje :lol: :zlo


Fuj Corko, teraz i ja mam bardzo kosmate i uczesane w kucyk mysli. :zlo Bardzo niegrzeczna dziewczynka z Ciebie. Chociaz z drugiej strony w koncu musze Cie za cos uwielbiac. :-D
_________________
Nie dokarmiaj zlego wilka. :)
 
     
Córka Lavransa 
Ma na imię Dżeny...



Wiek: 40
Dołączyła: 21 Sie 2009
Posty: 8520
Wysłany: 2015-01-08, 22:14   

Cieszę się podwójnie... :evil2: :evil2: Patrz, Supreme King, jaki odzew czytelniczy!!! :hehe:
_________________
Life is a game of inches.

Jestem tylko małym modkiem z wielkim Tasakiem.
 
     
Supreme King


Dołączył: 20 Gru 2014
Posty: 8
Wysłany: 2015-01-25, 00:05   

Nie wiem czy taki były intencje, ale efektem takiego odzewu zawiesiłem to gówienko i wyrzuciłem już plik .doc z mojego kompa. Części dalszej nie będzie, dziękuje za komentarze.

Aha i jeszcze
Córka Lavransa napisał/a:
Dystrykt A trochę za bardzo kojarzy mi się z "Hunger Games", mam wrażenie kalki.


Nie kalkowałem nic z Hunger Games ponieważ nie znam tego tytułu.
 
     
Wyświetl posty z ostatnich:   
Odpowiedz do tematu
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach
Nie możesz załączać plików na tym forum
Możesz ściągać załączniki na tym forum
Dodaj temat do Ulubionych
Wersja do druku

Skocz do:  


Oficjalna Polska Strona Tada Williamsa

Powered by phpBB modified by Przemo © 2003 phpBB Group
Strona wygenerowana w 0,2 sekundy. Zapytań do SQL: 12