Forum Książki Strona Główna Forum Książki
Witamy w Księgogrodzie!

FAQFAQ  SzukajSzukaj  UżytkownicyUżytkownicy  GrupyGrupy  StatystykiStatystyki
RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj  Chat  DownloadDownload

Poprzedni temat «» Następny temat
Człowiek czy królik?
Autor Wiadomość
Uczeń Czarnoksiężnika 



Wiek: 35
Dołączył: 01 Lis 2008
Posty: 3877
Wysłany: 2008-11-21, 19:47   Człowiek czy królik?

Człowiek czy królik?

„Czy nie można żyć uczciwie bez wiary w chrześcijaństwo?” Na takie oto pytanie poproszono mnie o odpowiedź, lecz zanim podejmę jej próbę, chciałbym zrobić jedną uwagę. Pytanie brzmi tak, jakby zadawane było przez kogoś, kto powiedział sobie: „Nie obchodzi mnie czy chrześcijaństwo w rzeczywistości głosi prawdę, czy nie. Nie interesuje mnie, czy rzeczywisty świat jest bardziej zbliżony do tego, co mówią chrześcijanie, niż do tego, co mówią materialiści. Jedno, co mnie interesuje, to uczciwe życie. Wyboru przekonań dokonam nie ze względu na ich prawdziwość, lecz ze względu na ich użyteczność.” Szczerze mówiąc trudno mi zrozumieć taki sposób myślenia. Jedną z cech, która różni człowieka od innych stworzeń, jest to, że chce on wszystko wiedzieć, chce dla samej chęci poznania dojść do tego, jaka jest rzeczywistość. Kiedy to pragnienie zostaje w kimś stłumione, to według mnie staje się on czymś mniej niż człowiekiem. Nie wydaje mi się jednak, żeby ktokolwiek z państwa rzeczywiście stracił to pragnienie. Bardziej prawdopodobne jest to, że niemądrzy kaznodzieje przez ciągłe powtarzanie, jak bardzo chrześcijaństwo wam pomoże i jak jest ono pożyteczne dla społeczeństwa, spowodowali, że zapomnieliście, iż chrześcijaństwo nie jest opatentowanym lekarstwem. Chrześcijaństwo rości sobie prawo do wyjaśniania f a k t ó w – do mówienia, jaki jest rzeczywisty świat. Jego wyjaśnienia na temat świata mogą być prawdziwe lub nie, a kiedy raz zostanie postawione pytanie, wtedy naturalna ciekawość musi prowokować chęć poznania odpowiedzi. Jeżeli chrześcijaństwo jest nieprawdziwe, to żaden uczciwy człowiek nie będzie chciał mu wierzyć, choćby nie wiem, jak było przydatne; jeżeli jest prawdziwe, każdy uczciwy człowiek będzie chciał mu wierzyć, nawet jeżeli nie będzie mu dostarczało żadnej pomocy.
Kiedy zdamy sobie sprawę uświadomimy sobie jeszcze coś innego. Gdyby przypadkiem chrześcijaństwo było prawdziwe, to jest raczej niemożliwe, żeby ci, którzy znają tę prawdę, i ci, którzy jej nie znają, byli jednakowo dobrze przygotowani do prowadzenia dobrego życia. Znajomość faktów z konieczności inaczej kształtuje czyny. Załóżmy, że ktoś znajduje człowieka przymierającego głodem i pragnie właściwie postąpić. Jeżeli nie posiadałby żadnych wiadomości z medycyny, prawdopodobnie dałby mu duży, solidny posiłek, a rezultatem byłaby śmierć. Oto, co powoduje działanie po omacku. Na tej samej zasadzie, chrześcijanin i niechrześcijanin mogą mieć obaj dobre intencje w stosunku do swoich bliźnich. Jeden wierzy, że ludzie będą żyli wiecznie, że zostali stworzeni przez Boga i skonstruowani w taki sposób, że prawdziwe i trwałe szczęście mogą znaleźć jedynie przez zjednoczenie z Bogiem; że zeszli z właściwego toru i jedyną drogą powrotu jest posłuszna wiara w Chrystusa.
Drugi wierzy, że ludzie są przypadkowym rezultatem ślepego działania materii, że zaistnieli jako proste zwierzęta i mniej lub bardziej rozwinęli się, że będą żyć około siedemdziesięciu lat, że ich szczęście jest całkowicie osiągalne poprzez dobre instytucje społeczne i organizacje polityczne, a że wszystko inne (np. wiwisekcję, regulację urodzin, system sądownictwa, edukację) należy oceniać jako „dobre” lub „złe” po prostu w zależności od tego, na ile sprzyjają lub przeszkadzają temu rozwojowi „szczęścia”.
Ci dwaj ludzie mogliby się zgodzić co do bardzo wielu działań na rzecz swoich współobywateli. Obaj pochwaliliby właściwie działające szpitale i kanalizację oraz zdrowe wyżywienie. Wcześniej czy później jednak różnica ich przekonań spowodowałaby różnice w propozycjach praktycznych. Obaj na przykład mogliby być wielkimi zwolennikami edukacji; lecz rodzaje edukacji, jakich by sobie życzyli, byłyby oczywiście bardzo różne. Znowu tam, gdzie pytanie materialisty co do proponowanej akcji brzmiałoby po prostu: „Czy powiększy ona szczęście większości?”, chrześcijanin być może musiałby powiedzieć: „Nawet jeżeli rzeczywiście powiększy ona szczęście większości, to nie możemy jej przeprowadzić: jest niesprawiedliwa.” I tak przez cały czas wszystkie ich dążenia różnić się będą w jeden zasadniczy sposób. Dla materialisty sprawy takie jak narody, klasy, cywilizacje musza być ważniejsze nić jednostki, ponieważ jednostka żyje jakieś tam siedemdziesiąt lat z okładem, a grupa może trwać wieki. Dla chrześcijanina natomiast jednostki są ważniejsze, ponieważ żyją wiecznie; a rasy, cywilizacje i tym podobne są w tym zestawieniu tworami przelotnymi.
Chrześcijanin i materialista mają różne przekonania co do świata. Nie mogą mieć obaj racji. Ten, który jest w błędzie, będzie działał w sposób, który nie odpowiada rzeczywistemu światu. Wskutek tego przy najlepszej na świecie woli będzie popychał swoje współistotny do zguby.
Przy najlepszej na świecie woli… nie będzie więc to chyba jego wina? Z pewnością Bóg (jeżeli Bóg istnieje) nie będzie karał człowieka za uczciwe pomyłki? Ale czy w t y m leży cały problem? Czy jesteśmy gotowi podjąć ryzyko działania po omacku przez całe nasze życie i wyrządzać nieskończone szkody tylko dlatego, że ktoś nas zapewni, iż nic nam nie grozi, że nikt nas nie ukarze ani nie zgani? Nie wierzę, żeby czytelnik mógł szczerze w ten sposób rozumować, a gdyby tak było, to trzeba mu coś wyjaśnić.
Pytanie stojące przed każdym z nas nie brzmi: „Czy możliwe jest, żeby k t o ś żył uczciwie bez chrześcijaństwa?” Brzmi ono: „Czy ja mogę?” Wiadomo wszystkim, że istnieli dobrzy ludzie, którzy nie byli chrześcijanami; ludzie tacy jak Sokrates i Konfucjusz, którzy nigdy o chrześcijaństwie nie słyszeli, lub ludzie tacy jak J.S. Mill, którzy zupełnie prawdziwie nie mogli w nie uwierzyć. Zakładając, że chrześcijaństwo jest prawdziwe, ci ludzie byli w stanie uczciwej niewiedzy lub uczciwego błędu. Jeżeli ich intencje byłyby tak dobre, za jakie je uważam (bo oczywiście nie jestem w stanie odgadnąć tajników ich dusz), to mam nadzieję i wierzę, że mądrość i miłosierdzie Boga zaradzi złu, które ich niewiedza, pozostawiona sama sobie, mogła naturalnie przynieść zarówno im, jak i tym, na których mieli wpływ. Lecz człowiek, który zapytuje mnie: „Czy nie mogę żyć uczciwie bez wiary w chrześcijaństwo?”, oczywiście nie jest w tym samym położeniu. Gdyby nie słyszał o chrześcijaństwie, nie zadawałby tego pytania. Gdyby usłyszawszy o nim i porządnie się zastanowiwszy doszedł do wniosku, że nie jest ono prawdziwe, to również nie zadawałby tego pytania. Człowiek, który zadaje to pytanie, słyszał o chrześcijaństwie i bynajmniej nie jest wcale przekonany, że nie jest ono prawdziwe.
W rzeczywistości pyta on: „Czy muszę sobie zawracać tym głowę? Czy nie mogę po prostu ominąć tej kwestii, zwyczajnie nie wywoływać wilka z lasu i żyć dalej uczciwie? Czyż dobre intencje nie wystarczą, by zapewnić mi spokój i zabezpieczenie przed naganą, bez pukania do tych strasznych drzwi i upewniania się, czy w środku ktoś jest czy nie?”
Takiemu człowiekowi być może wystarczyłoby odpowiedzieć, że w rzeczywistości prosi on o to, by pozwolić mu żyć dalej „uczciwie”, nim zrobił, co jest w jego mocy, by dowiedzieć się, co oznacza to „u c z c i w i e”. Na tym jednak sprawa się nie kończy. Nie musimy dochodzić do tego, czy Bóg ukarze takiego człowieka za jego tchórzostwo i lenistwo; tacy ludzie sami się ukarzą. Ten człowiek się wymiguje. On umyślnie usiłuje nie wiedzieć, czy chrześcijaństwo jest prawdziwe czy fałszywe, ponieważ przewiduje nie kończące się kłopoty, gdyby okazało się prawdziwe. Przypomina człowieka, który umyślnie „zapomina” spojrzeć na tablicę ogłoszeń, ponieważ, gdyby to zrobił, mógłby znaleźć tam swoje nazwisko i wyznaczony mu jakiś nieprzyjemny obowiązek. Przypomina człowieka, który nie idzie do lekarza w momencie, kiedy po raz pierwszy czuje tajemniczy ból, ponieważ obawia się tego, co lekarz może mu oznajmić.
Człowiek, który dla takich powodów pozostaje ateistą, nie jest w stanie uczciwego błędu. Jest on w stanie nieuczciwego błędu, a ta nieuczciwość będzie rozprzestrzeniać się poprzez wszystkie jego myśli i działania, rezultatem zaś będzie jakaś fałszywość, czający się nieuchwytny niepokój, przytępienie jasności umysłu. Ten człowiek utracił swoje intelektualne dziewictwo. Uczciwe odrzucenie Chrystusa, mimo że błędne, będzie przebaczone i uleczone – „Każdemu, kto mówi jakieś słowo przeciwko Synowi Człowieczemu, będzie przebaczone” (Łk 12, 10). Lecz u n i k a ć Syna Człowieczego, odwracać się w przeciwnym kierunki, udawać, że się nie zauważyło, zainteresować się nagle czymś po drugiej stronie ulicy, odłożyć słuchawkę telefonu, ponieważ to On mógł dzwonić, pozostawić nie otwarte pewne listy zaadresowane nieznanym charakterem pisma, ponieważ mogłyby być od Niego – to już inna sprawa. Można nie być jeszcze pewnym, czy się powinno być chrześcijaninem, ale wiadomo na pewno, że powinno się być człowiekiem, nie strusiem chowającym głowę w piasek.
A jednak – ponieważ honor intelektualny bardzo nisko upadł w naszych czasach – słyszę kogoś skamlącego swoje pytanie: „Czy to mi pomoże? Czy da mi to szczęście? Czy naprawdę myśli Pan, że byłbym lepszy, gdybym został chrześcijaninem?” No, jeżeli to jest konieczne, to odpowiem: „Tak”. Na tym etapie nie lubię jednak dawać jakiejkolwiek odpowiedzi. Oto drzwi, za którymi według niektórych ludzi czeka na ciebie tajemnica świata. Jest to albo prawdą, albo nie. Jeśli nią nie jest, to w takim razie drzwi te w rzeczywistości kryją oszustwo, najkolosalniejszy zawód dla nadziei, o jakim słyszała historia. Czyż nie jest to oczywiste, że zadaniem każdego człowieka (człowieka, a nie królika!) jest próbować dojść do prawdy, a potem poświęcić całą energię służbie na rzecz tego olbrzymiego sekretu lub demaskowaniu i niszczeniu tego gigantycznego oszustwa? Czyż mając przed sobą taki problem można rzeczywiście pogrążyć się całkowicie w swoim błogim „rozwoju moralnym”?
Tak więc chrześcijaństwo przyniesie ci dobro – dużo więcej dobra niż go kiedykolwiek chciałeś czy spodziewałeś się. A pierwsze dobro, jakie ci przyniesie, to to, że wbije ci do głowy (nie będzie to dla ciebie przyjemne!), iż to, co dotychczas nazywałeś „dobrem” – wszystko to o „przyzwoitym życiu” i „byciu miłym” – nie jest w żadnym razie tą wspaniałą i największej wagi sprawą, za jaką ją miałeś. Nauczy cię ono, że w rzeczywistości nie możesz być „dobry” (a w każdym razie nie przez dwadzieścia cztery godziny) opierając się na swoich własnych wysiłkach moralnych. A potem nauczy cię, że nawet gdybyś był taki „dobry”, to ciągle nie osiągnąłbyś celu, dla którego zostałeś stworzony. Życie nie kończy się na zwykłej m o r a l n o ś c i. Zostałeś stworzony do czegoś zupełnie innego. J.S. Mill i Konfucjusz (Sokrates był dużo bliżej rzeczywistości) po prostu nie wiedzieli, na czym polega życie. Ci ludzie, którzy nie przestają pytać, czy nie mogą wieść przyzwoitego życia bez Chrystusa, nie wiedzą na czym życie polega; gdyby wiedzieli, oczywiste byłoby dla nich, że „przyzwoite życie” jest tylko czymś mechanicznym w porównaniu z tym, do czego my, ludzie, istotnie zostaliśmy stworzeni. Moralność jest niezbędna; ale Boże Życie, które samo się nam ofiarowuje i które wzywa nas, abyśmy byli bogami, przeznacza dla nas coś, co wchłonie moralność. Trzeba nas przetworzyć na nowo. Cały królik musi w nas zniknąć – zarówno ten zatroskany, sumienny, etyczny królik, jak i ten tchórzliwy i zmysłowy. Będziemy krwawić i lamentować, kiedy pełnymi garściami wypadać z nas będzie futro; a potem niespodziewanie znajdziemy pod tym wszystkim coś, czego jeszcze dotąd sobie nie wyobrażaliśmy: prawdziwego człowieka, wiecznie młodego boga, Syna Bożego, silnego, promieniującego, mądrego, pięknego i przepełnionego radością.
„Gdy przyjdzie to, co jest doskonałe, zniknie to, co jest tylko częściowe.” (1 Kor 13,10) Idea osiągnięcia „uczciwego życia” bez Chrystusa oparta jest na podwójnym błędzie. Po pierwsze, jest to nie do zrobienia, a po drugie, wyznaczając uczciwe życie jako ostateczny cel gubi się samą istotę egzystencji. Moralność jest górą, której nie da się zdobyć tylko za pomocą samodzielnych wysiłków, a gdyby udało się tego dokonać to tylko po to, by stracić życie w lodach szczytu i nie nadającym się do oddychania powietrzu z powodu braku skrzydeł, których wymaga dalszy ciąg tej podróży. Dopiero s t a m t ą d bowiem rozpoczyna się prawdziwa wspinaczka. Na nic już tu liny i czekany, reszta jest sprawą skrzydeł.
 
     
Riannon 
:P



Dołączyła: 02 Lis 2008
Posty: 114
Skąd: Zamość
Wysłany: 2008-11-21, 19:49   

to to co kiedys bylo?
 
 
     
Uczeń Czarnoksiężnika 



Wiek: 35
Dołączył: 01 Lis 2008
Posty: 3877
Wysłany: 2008-11-21, 19:51   

Tak, wkleiłem na powrót, a nuż może sobie jeszcze o tych tekstach porozmawiamy. :)
_________________
Zamek Czarnoksiężnika
:arrow: Czas Imperium - nr 33 - 12.04.2009
:arrow: Czas Imperium - nr 35 - 20.09.2009
 
     
Riannon 
:P



Dołączyła: 02 Lis 2008
Posty: 114
Skąd: Zamość
Wysłany: 2008-11-21, 19:53   

kiedys byla taka dyskusja na temat "czy zwierzeta maja dusze". Pod ktoryms z tych esejow. fajna to byla rozmowa:P ale nie przekonali mnie zwolennicy teori, ze zwierzeta dusze maja :D
 
 
     
burli 



Wiek: 31
Dołączyła: 01 Lis 2008
Posty: 725
Skąd: Warszafka
Wysłany: 2008-11-29, 19:51   

jak to ?! :shock: :-( oczywiście, że mają :zlo
_________________
 
     
Wyświetl posty z ostatnich:   
Odpowiedz do tematu
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach
Nie możesz załączać plików na tym forum
Możesz ściągać załączniki na tym forum
Dodaj temat do Ulubionych
Wersja do druku

Skocz do:  


Forum KGB

Powered by phpBB modified by Przemo © 2003 phpBB Group
Strona wygenerowana w 0,06 sekundy. Zapytań do SQL: 13