Forum Książki Strona Główna Forum Książki
Witamy w Księgogrodzie!

FAQFAQ  SzukajSzukaj  UżytkownicyUżytkownicy  GrupyGrupy  StatystykiStatystyki
RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj  Chat  DownloadDownload

Poprzedni temat «» Następny temat
PARSZYWA ELITA ( Próbka )
Autor Wiadomość
laeib radi


Dołączył: 17 Mar 2017
Posty: 2
Wysłany: 2017-03-17, 07:39   PARSZYWA ELITA ( Próbka )


Witam.
Pozdrawiam użytkowników i oddaje fragment opowiadania do zimnej recenzji czcigodnych użytkowników :-)

O tej porze roku słońce nad miastem wstawało zaledwie na kilka godzin, dlatego mieszkańcy byli melancholijni i wiecznie zaspani, jednak byli tacy którzy chcieli to wykorzystać.
Przenieśmy się więc do Nowego Fjordenholmu na jego mroczne i brudne ulice, gdzie za chwilę spotkamy kolejnego z naszych bohaterów.

Jest już mrok, miejskie latarnie dają liche światło i jeszcze ten przeciąg od morza i wieczna mżawka.
Jeden z pomniejszych handlarzy przyprawami, Traugen Bonfadz wracał wraz z swoją żoną od rodziny, której złożyli wizytę.
Chcieli pochwalić się swoją nową pociechą.
Synem który pomimo chłodu spał spokojnie w prowizorycznym wózeczku.
Traugen nie chciał przed żoną okazywać strachu, ale okropnie nie lubił spacerów po industrializującym się mieście, bał się.
Od ich mieszkania w nowoczesnej, wstrętnej i brudnej kamienicy dzieliło ich nie więcej niż trzy przecznice, by mogli spokojnie dotrzeć do celu. Jednak musimy teraz spojrzeć na nich oczami naszego bohatera, precyzyjniej mówiąc bohaterki.
Ubrana w przesiąknięte olejem spodnie i kilka równie cuchnących kaftanów, posiadaczka niewiarygodnie skołtunionych włosów siedziała pomiędzy wyrzuconymi z domów klamotami i obgryzała z nerwów paznokcie, które były tak zniszczone, że w niektórych praktycznie nie było już płytki.
Nie odrywała wzroku od idącej ulicą pary.
Odkąd namiestnik miasta podwoił liczbę konstabli na ulicach, coraz trudniej było jej kraść.
Konstantina uciekła tu z kontynentu, ścigana przez tamtejszy nadmierny konserwatyzm a w porcie nowych nadziei trafiła na prawdziwe szambo.
Nie wiedziała, że ludzie jej pokroju nie dostają w Fjordenholmie szansy, że jedyne co mogą zrobić to zaciągnąć się na jakiś statek i uciec.
Chciała to zrobić wiele razy, jednak zawsze odkładała to na następny dzień i tak spędziła dziewięć długich lat na ulicy.
Spojrzała jeszcze raz na odchodzącą rodzinę i pomyślała. – Ukradnę na chwilę tego ich dzieciaka, z nim będę mogła odgrywać żebraczkę.
Wychyliła się i spostrzegła, że mężczyzna niepewnie lustruje okolicę.
Skuliła się i czekała.
Przeszli kawałek dalej, wówczas delikatnie weszła na najbliższy ganek i idąc jak najbliżej ściany, przeciskała się do przodu.
Jedna z desek okazała się zdradliwa i zaskrzypiała.
Rodzina spojrzała w kierunku odgłosu, Konstantina teraz będzie musiała zaatakować.
Skoczyła z ganku i szarpnęła się na środek zaułku, była tuż naprzeciw nich.
Zrobiła krok do przodu, wówczas Traugen zadał jej potężny cios w twarz.
Trzask i trach.
Uderzyła głową o nierówny bruk. – Skurwiel.
Krzyknęła i już chciała się podnieść mimo dotkliwego bólu szczęki, ale zaraz poczuła na swoim brzuchu silny cios spowodowany butem Traugena.
I następny i kolejny.
Przekręciła się na bok i spostrzegła, że znajduje się bardzo blisko wózka.
Troskliwy ojciec i mąż zamierzył się do kolejnego ciosu.
Naówczas Konstantina przekręciła się i wzięła z kopyta wózek, który w ciągu kilku sekund, przewrócił się.
Jazgot dziecka, które wypadło z kolebki był jak kakofonia.
Mężczyzna odwrócił się natychmiast, jego małżonka wrzasnęła przepełniona grozą.
Wtedy Konstantina wymacała, schowany w bucie zardzewiały długi ćwiek.
Uniosła się z żarem w oczach. – Zajebie was.
Wyrzekła oznajmiająco i wbiła środek bojowy w plecy Traugena, przekręcając w różne strony. – Ci flaki teraz eh...krótki oddech.— Spenetruje kurwi synu! Wymamrotała znów biorąc oddech, podekscytowana.
Małżonka nie zastanawiając się długo szarpnęła ją za włosy do tyłu, czym znów ją rozgniewała.
Konstantina postanowiła zmniejszyć dystans, dzielący ją i tamtą kobietę, więc podążyła za szarpnięciem.
Wpadła na nią i przewróciła, przekręciła się i uderzyła ową głową w nos.
Plask.
I jeszcze raz.
Plask.
Kolejny kopniak zbliżył ją do bruku.
Traugen stał nad nią trzymając zakrwawiony ćwiek w dłoni.
- Nosz ja pierdole.
Wyartykułowała zaraz przed tym jak facet skoczył na nią z zamiarem pchnięcia w szyję.
Zatrzymajmy się teraz, ponieważ przez jeden z przeoczonych szczegółów nasza bohaterka może paść trupem.
Cofnijmy się do momentu, gdy Konstantina kopnęła wózek.
Wówczas była mowa o tym, że wyciągnęła z cholewy gwóźdź, ale celowo pominąłem moment w którym, podnosząc się złapała do ręki odprysk rozbitej butelki, który cały czas zaciskała w lewej dłoni.
Tak mocno, że teraz ciekła z niej krew.
Wróćmy więc do naszych petentów...
Dłoń Traugena nabierała prędkości.
Zgrzyt i odepchnięcie, Konstantina wbiła mu odłamek który kaleczył jej dłoń wprost w tchawicę i przekręcając się zrzuciła go z siebie.
Podniosła się, otrzepała ubranie.
Spojrzała szczęśliwa na bezsilnie zaciskającego kark mężczyznę, po czym uśmiechnęła się do jego małżonki z rozbitą twarzą, kopnęła ją jeszcze kilkakroć w głowę na odchodne a dalej uniosła z bruku płaczące dziecko i oddaliła się.
 
     
laeib radi


Dołączył: 17 Mar 2017
Posty: 2
Wysłany: 2017-05-24, 00:41   Inny fragment (pracę nad projektem zarzuciłem)

Archdarameron nie miał zamiaru bez potrzeby atakować Fjordenholmu, wolał obeznać się z sytuacją i w miarę możliwości podjąć kooperację z mieszkańcami portu. Chciał współpracować z lokalną władzą, pragnął by miasto, wydało mu flotę potrzebną by wyprawić się na kontynent.Zebrał więc w miarę możliwości małą drużynę i udał się do Fjordenholmu.W przebraniu kupców ze wschodu zabrał ze sobą Padyszacha Lyindbada, Kalife Kayile i kilku Gyrtamanów wraz ze swoją strażą przyboczną.
W sumie drużyna liczyła nie więcej, niż trzy dziesiątki ludzi.
Jak to w życiu bywa nic nie układa się tak jak powinno, więc przenieśmy się tuż za plecy naszego Chana.
Z czoła Surkana spływały strugi potu, ciężko posapywał i wlekł nogę za nogą, podziwiając wybrukowany trakt.
Archdarameron obejrzał się za siebie. – Widzę, żeś się wystroił jak na Bahadzkie wesele Panie Surkan.
Ironia.
Surkan machnął ręką. – Ty mi tu nie mędrkuj tylko lepiej powiedz, co za eliksiru się opiłeś żeś się zrobił taki heros nieśmiertelny! Sam pamiętam jak w bitwie pod Kaanhanem, rozerwali Ci pierś czekanem.
Archdarameron złapał futrzaną czapkę starego tłustego brodacza i rzucił za siebie. – Widocznie los mi sprzyjał.
- No i coś Ty najlepszego uczynił? Zapytał zdumiony Surkan, trzymając się za tłuste włosy pozbawione nakrycia. – Cztery złote pierścienie za nią dałem!
Archdarameron zatrzymał się, po czym cały pochód jak domino zwalił się na niego.
Wódz wyraźnie zdenerwował się i chwycił Surkana za klapy. – Banda trepów! Ty bracie Gyrtamanie byłeś na kontynencie, niby obeznany ze światem, z kulturą a tu co?
Siepnął ręką za futrzany szynel grubasa. -Wyglądasz jak wielkorządca a nie kupiec!
Wrzasnął po czym spojrzał na Lyindbada i wskazał dłonią jego złote naszyjniki. – A temu brakuje napisać na czole „ jestem kurwa władcą świata “! Durnie, kiepy, gamonie, wolnomyśliciele!
Var Ammed sięgnął dłonią do pochwy rapiera, jednak przytrzymał go Gyrtaman Muthrum. – Spokojnie, konfliktami nigdzie nie zajdziemy!
Surkan parsknął. – Przecież w naszych stronach wojny wybuchają najrzadziej co roku, to taka nasza mentalność, he he he.
Nagle Archdarameron przypomniał sobie o Muthrumie, był to jeden z niewielu wodzów, którzy nie brali udziału w zamachu na jego osobę.
Spojrzał więc na niego. – Bracie...
Muthrum zaczął obawiać się najgorszego, skoro Archdarameron doszukuje się jakichś bezpodstawnych więzi rodzinnych. – Czego!
Zapytał warcząc.
Chan zbliżył się do niego, jak szpieg do ściany pałacu króla i z ślinotokiem oznajmił doniośle. – Nie warcz mi tu parchu!
Podrapał się po gęstej brodzie. – Co to ja chciałem?
Pacnął się w czoło. – Już wiem, Muthrumie mój oddany... Udasz się do Wielkiego Syndyka Fjordenholmu i oznajmisz, żeśmy są kupcami, ale... Ale takimi poważnymi kupcami.
W drużynie ozwał się pomruk aprobaty i miarowe kiwnięcia.
Wyciągnął dłoń i skierował nią po zebranych. – Dobrze mówię?
Surkan klepnął go w ramię a reszta zaczęła przytakiwać.
Wówczas Archdarameron skierował dłoń na Muthruma. – No właśnie.
Więc na czym to ja skończyłem.
Muthrum uśmiechnął się zezując na wyciągniętą dłoń. – Żeśmy dostojni kupcy są.
Archdarameron znów wymierzył palcami zebranych i zrobiła się klaka i nastały wiwaty.
Kalifa Kayila widząc ten teatrzyk zaczęła wewnętrznie wrzeć.
Przepchnęła Lyindbada i szturchnęła Archdaramerona. – I co dalej!
Archdarameron spojrzał na nią z politowaniem. – Moja droga...
Plask.
Otwarta dłoń Kalify zatrzymała się na jego policzku.
Szust, szust.
Poniósł się odgłos wyciąganej broni.
Archdarameron chwycił za piekące lico. – Uspokójcie się przyjaciele, schowajcie oręż.
Powinniśmy przede wszystkim współpracować.
I nagle jakby ocknął się z otępienia. – Muthrum zgłosisz również, że nie mamy wojennych zamiarów, a armię stacjonują w Deanhlebie bo... Bo są na przechadzce.
Uśmiechnął się. – I pójdzie z Tobą ta!
Kiwnął głową na Kayile.
Kobieta próbowała zaprzeczać, ale zaraz odezwał się Lyindbad. – Ma rację przynajmniej będziemy mieć naszego i waszego reprezentanta.
Archdarameron wzniósł ręce. – A więc postanowiłem...hm, chciałem powiedzieć postanowiliśmy.
Szust, szust.
Zebrani sięgnęli po broń i wznieśli w górę, Archdarameron złapał się za twarz i dał znak, aby opuścić rynsztunek, po czym oznajmił szeptem. – Jak to się uda to będzie cud.
Odwrócił się i ruszył dalej.
Przeszli przez stare miasto i skierowali się na Audreyfolk czyli rozwijającą się wciąż a zarazem tętniącą życiem część metropolii.
Chyliło się ku wieczorowi, albo inaczej robiło się ciemno.
Otaczały ich wykwintne zapachy, ścieki, końskie łajno, przypalone mięso, ludzki pot.
Zakątek był ruchliwy, ale raczej milczący.
Mogli poczuć się wręcz jak w rodzimych osadach, wśród tak miłych sobie jurt i glinianek.
Tylko te uliczne kandelabry i te śmieszne stroje były dziwne, no może jeszcze mroczno-czarny dym z kominów, jakby mieszkańcy samym demonem palili.
Minęli śmiesznego rudego chłopaka, który grał na lirze korbowej i co moment wykrzykiwał coś w tym ich bezsensownym języku, o ile Archdarameron dbał by jego ludzie poznawali obce kultury tak reszta zebranych, czuła się co najmniej dziko.
Favra oderwała się od grupy i rzuciła grajkowi suchary.
Surkan zaczął rechotać. – Głupia, te chodzące instrumenty przyjmują złoto.
Jednak o dziwo ten, przyjął posiłek i nawet podziękował skinieniem, po czym oddał dziwny gest w stronę wielkiego powozu stojącego bardziej w centrum placu.
Dalej minęli dwóch mężczyzn ubranych w śmieszne niebieskie surduty z wysokimi czapami.
Archdarameron wskazał ich ręką. – To są stróże prawa.
Wówczas jeden z przydupasów Surkana z fryzurą jakby wpadł między dwa ostrza, roześmiał się. – Dlaczego oni nie zabiją tych stróżów? Wtedy mogli by poczuć się wolni.
Yeremey stuknął go kościstym palcem. – Bo to mieszkańcy ustanowili to prawo.
Dzikus wzruszył ramionami. – Przecież to Gyrtaman jest prawem.
Archdarameron rozglądał się po wysokich i ciasno zbudowanych domach z cegły, gdy z zadumania wyrwało go szturchnięcie Var Ammeda. – Czego chcesz psie?
Zapytał przymilnie Chan.
Var Ammed zaparł rękę na jego ramieniu i zbliżył się. – Bo jest pewien problem.
Oznajmił cichym głosem.
Archdarameron odwrócił się w jego kierunku a on wskazał Vesternope. – Bo nasz błazen z zachodu, nie chce tu zostawać, boi się.
Chan uśmiechnął się. – A czegóż on się boi?
- Że go zabiją.
Wówczas Archdarameron zbliżył się do szkaradnego człowieka z kontynentu. – No i czym się przejmujesz? Zabiją Cię to nie będziesz miał więcej zmartwień.
Vesternopa ukłonił się. – Ale Panie możny!
Archdarameron pociągnął go do góry za fraki i poddenerwowany spojrzał w jego zdradliwe oczy. – Jam Ci nabruździł, że się do mnie zwracasz.
-Nie.
Dalej mierzyli się wzrokiem.
Archdarameron odepchnął go. – To wyjazd ode mnie.
Jedyne co mogę dla Ciebie zrobić, to kazać Cię na pal nabić, zdrajco własnego narodu.
Var Ammed spojrzał na nich. – Archdarameronie, ale on jest nam potrzebny.
Wokół ludzi ze wschodu zebrała się grupa gapiów.
Chan rozepchał się między nimi, rzucając na odchodne. – Ale już nie jest.
Minęli jeszcze parę przecznic, gdy ponownie przemówił. -Teraz rozdzielimy się, pierwszy wieczór poświęcamy na hulanki.
Nie zauważyli kiedy, zbliżył się do nich konstabl.
Z wyglądu mało męski, raczej piękny z falującą burzom blond włosów. – Witam.
Jestem kapitan Tronhorm z miejskiej konstabli.
Jestem zmuszony wezwać posiłki, lub jeżeli sami się zgodzicie, odprowadzić do departamentu.
Oburzeni ludzie ze wschodu, po raz kolejny mieli dorwać oręż, ale Archdarameron wrzasnął. – Cisza.
Tronhorm przyjrzał się z wątpliwą miną, przecież nikt się nie odezwał?
Jednako ludzie Chana powściągnęli pomysł atakowania stróża prawa.
- Jaki jest powód zatrzymania, dobry człowieku.
Zapytał z zakłamaną słodyczą w głosie Archdarameron.
Tronhorm wskazał rapier przy boku Chana. – Posiadacie broń białą z którą, prawo zabrania spacerów po ulicach.
Hang wychylił się. – Co ten Urwysyn gada?
Surkan zganił go. - Zawrzyj ryj dziki człowieku!
I doszło do przepychanki.
W tym czasie Archdarameron złapał kapitana za ramię i odwrócił w kierunku kamienicy, by ten nie widział zajścia i oznajmił. – Dobry Kapitanie, dopiero przybyliśmy a nasza kultura wymaga noszenia broni, jednak daje rękę, że jeśli tylko znajdziemy nocleg w jakiejś gospodzie to zaraz tam zostawimy oręż.
Bądź spokojny.
Tronhorm jednak nieufnie pokiwał głową. – Tym razem odstąpię.
Wyrwał się z fałszywo-przyjacielskiego uścisku Chana. -Jednak będę miał na was oko.
I spojrzał w kierunku dwóch krzykaczy, którzy jednak teraz byli nad wyraz spokojni.
Nie wiedział, że powodem spokoju był bełt z kuszy wymierzony w plecy jednego z nich.
Chwilę wcześniej, gdy Archdarameron zapewniał go o ich czystych intencjach, Hang starł się z Surkanem.
Przeważyła masa tego pierwszego i Gyrtaman z Varphlevy leżał na bruku, jednak nie miał zamiaru odpuścić i albo sięgnie po broń, albo zacznie targać bruk.
Jednak przed dramatem ustrzegła ich Evra, która ze spokojem naciągnęła kusze i wymierzyła w plecy Hanga. – Wstawaj kutasie, albo Cię dziabnę i zostawisz flaki na Surkanie!
Bohaterowie ze wschodu zostali ujarzmieni.
Tymczasem konstabl chcąc pokazać się z jak najlepszej strony, udzielił porady gdzie najlepiej się zatrzymać, a nawet wskazał drogę.
Pod tawerną o nazwie „Dumny dom”, choć nazwa nie była adekwatna do widocznej przeciętnej fasady, zatrzymali się.
Archdarameron spojrzał na Surkana. – Ty i twoi ludzie pójdziecie ze mną.
Z racji tego, że nie za bardzo pokładam w was ufność.
Z resztą spotkamy się nazajutrz.
I tak rozeszli się.
Chan wziął ze sobą Yeremeya i drugiego z przybocznych, mistrzynią łuku Evrę oraz jej podopieczną Favrę, Surkana i jego straż.
Wysokie dębowe drzwi stanęły przed nimi otworem.
Archdarameron wszedł bardzo pewnie, zbadał wzrokiem wnętrze.
W budynku panował niemały zgiełk, znów dojrzał jakiegoś grajka w kącie i dziesiątki okopconych bywalców w cylindrach, lecz nie tych wykwintnych a zniszczonych, wyraźnie słabo wykonanych, byli to pracownicy manufaktur ewidentnie relaksujący się po znojach pracy przy szklance czegoś mocniejszego.
A ich spojrzenia, były wrogie.
Archdarameron idąc liczył ich i widział, że każdemu zdał by się jego rapier wbity w plecy, głowę czy inną cześć ciała.
Surkan rozpychając naczynia ze stolika w rogu, zajął miejsce.
Dał rozkaz, aby cała drużyna zasiadła wraz z nim.
Archdarameron doszedł już do szynkwasu, ukłonił mu się otyły gospodarz.
Chan sięgnął do sakwy.
Właściciel Dumnego domu wychylił się zza baru, by spojrzeć co gość ma w zanadrzu .
Tuch, tuch, bęc.
Dwie spore monety zakręciły się i upadły rewersem. – Trzy pokoje, dla mnie, dla tego grubasa w rogu i dla panien.
Do tego kopiasto żarcia i alkoholu na umór.
Gospodarz oblizał się, drapnął monety, pochuchał. – Jak sobie życzysz jaśnie Panie.
Chan wrócił do stolika zasiadł między Favrą a przydupasem Surkana. – Trzy pokoje.
Jeden dla Ciebie Gyrtamanie.
Po czym spojrzał na Favrę. – Dla was mam osobny, nie będziecie gnieść się z chłopami.
Skośne ciemne oczy Evry wyrażały radość.
Skłoniła głowę i przez stół ucałowała Archdaramerona w rękę. – Dziękujemy o nowoczesny chanie.
Policzek uniósł mu się lekko w górę. – Służę.
Czy Archdarameron znał przypadłość Evry, w tym momencie ciężko to stwierdzić? Faktem było jedynie to, że nie była mu obojętna.
Wpatrywał się w jej oczy, aż do momentu gdy siedząca obok niego zamachała mu ręką przed twarzą. – Co jest Favra?
Odwrócił się do niej. – Przecież możemy mieć wspólne pokoje, jakoś w obozie wojskowym to nie była przeszkoda.
Archdarameron pokręcił głową. – Nie jesteśmy w obozie wojskowym.
Karczmarz przyniósł jadło i napitki, dużo napitków, bardzo bardzo dużo...
Goście spędzili gwarny i głośny wieczór przy stole, prócz Favry która narzekała na senność i udała się na nocleg, nikt nie wylewał za kołnierz.
Wieczór dobiegł końca, gdy Yeremey zwalił się pod stół a Surkan wraz ze swoimi ludźmi wyszli z tawerny w poszukiwaniu jakiegoś zamtuza.
Skrzyp, skrzyp, skrzyp.
Stare deski podłogi w tawernianym holu zatrzeszczały.
Favra nakryła się mocniej derkom, przeczuwała że zbliża się jej zwierzchniczka Evra.
Ruda łuczniczka przez swój wrodzony talent do strzelania i dobre urodzenie, zajmowała wysokie miejsce w kaście Gyrtamana, a w czasie mobilizacji wojskowej zarządzała sporym oddziałem.
Favra nie wiedziała czy suweren i jego hołdownicy znali jej słabości a jeśli to czy jej ekscesy nie odrażały ich?
Drzwi zamknęły się z trzaskiem.
Evra chwiejnym krokiem przeszła w kierunku wolnej pryczy i na stoliku obok zapaliła świecznik.
Favra widząc jej ruchy była pełna obaw, że tamta zaraz spali budynek.
Na szczęście udało się jej sprostać temu zadaniu.
Przycupnęła na rogu łóżka, pogładziła włosy i zamroczonym wzrokiem spojrzała na swoją podkomendną. – Favra, Favra?
Kuszniczka zacisnęła mocno powieki z myślą. – Może jak pomyśli, że śpię to da mi spokój?
Jednak, nadzieję były płonne.
- Favra śpisz moja droga?
Cisza, cisza, cisza.
Evra podniosła się z pryczy i wolno przetoczyła się do sąsiedniej.
Usiadła obok leżącej i zaczęła gładzić jej policzek. – Piękna moja.
Jej dłoń powędrowała pod koc i napotkała tam pierś, musnęła ją.
Włożyła dłoń pod rubaszkę i jęła pieścić sutek.
Favra westchnęła. – Proszę przestać.
Tamta posuwiście wyjęła dłoń i delikatnie przyjechała po jej płatku ucha. – Nie śpisz moja droga? Mogę położyć się obok Ciebie? Noc jest strasznie chłodna.
Noc zupełnie nie była chłodna, Favra doskonale zdawała sobie z tego sprawę, ponieważ pociła się.
Zwierzchniczka sama postanowiła sobie odpowiedzieć. – Więc położę się przy Tobie.
Mozolnie zrzuciła z siebie gruby kubrak z pikowanej skóry a następnie spodnie i bieliznę.
Favra próbowała nawrócić się tyłem, ale Evra prędko położyła się i przekręciła ją ku sobie.
Objęła ją za szyję. – Proszę przysuń się do mnie, jest tak bardzo zimno.
Powiedziała to tak żałosnym głosem, że podwładna prawie jej uwierzyła.
Ich ciała zetknęły się.
Wówczas Favra zapytała. – Już jest ciepł...
Nie zdążyła dokończyć bo Evra ugryzła ją delikatnie w wargę, oderwała twarz i odpowiedziała. – Proszę pomasuj mi nogi piękna.
Favra zacisnęła szczęki, ale pokornie podniosła się.
Evra uniosła derkę , podwładna zobaczyła wówczas jej nogi w pełnej krasie i nie tylko.
- Zacznij od ud.
Favra zaczęła delikatny masarz, ale tamta zaczęła się jej wić.
W końcu szarpnęła ją za włosy i przyciągnęła jej twarz do swojego łona.
- Całuj mnie.
Wrzasnęła.
Favra poddała się.
Później Evre naszły inne pomysły, rozebrała swoją podwładną i wykorzystała kilka kroć, swoim zdobnym nadziakiem z grubą pozłacaną głownią, na której wyryty był wąż.
W końcu zmęczona zasnęła na pawimencie.
Wtedy Favra wciąż roztrzęsiona przeczołgała się do kąta izby, gdzie stało wiadro z wodą.
Przemyła rany zarówno sromu jak i tyłka, po czym zrobiła bandaże z koszuli i założyła bieliznę.
Resztkami sił doczołgała się do pryczy.
Wszystko ją bolało jak łono tak i pogryzione piersi.
Nie zasnęła już.
Gdy tylko blask poranka z pierwszymi promieniami wpadł do pomieszczenia, z przytupem zjawił się Archdarameron.
Uśmiechnięty od ucha do ucha przyjrzał się leżącej na podłodze, nagiej Evrze.
Zlustrował jej pośladki, puścił oko do Favry i krzyknął. – Wymarsz! Już! Ruchy!
Evra zerwała się na równe nogi i natychmiast się zaczerwieniła.
 
     
Wyświetl posty z ostatnich:   
Odpowiedz do tematu
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach
Nie możesz załączać plików na tym forum
Możesz ściągać załączniki na tym forum
Dodaj temat do Ulubionych
Wersja do druku

Skocz do:  


Forum KGB

Powered by phpBB modified by Przemo © 2003 phpBB Group
Strona wygenerowana w 0,08 sekundy. Zapytań do SQL: 14