Forum Książki Strona Główna Forum Książki
Witamy w Księgogrodzie!

FAQFAQ  SzukajSzukaj  UżytkownicyUżytkownicy  GrupyGrupy  StatystykiStatystyki
RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj  Chat  DownloadDownload

Poprzedni temat «» Następny temat
czy warto kontynuowac?
Autor Wiadomość
tomek3000xxl 


Wiek: 46
Dołączył: 23 Lut 2014
Posty: 2
Wysłany: 2014-05-09, 08:02   czy warto kontynuowac?

Ciemnozielony mercedes zjechał z Newham Way, jednej z kilku głównych ulic we wschodnim Londynie. Dłuższą chwilę auto sunęło wąską, wysypaną drobnymi kamykami drogą. Wreszcie dojechali do bramy wjazdowej posiadłości, wtedy od strony pasażera wysiadł mężczyzna i nacisnął dzwonek domofonu.

- Posiadłość państwa Mehnedii, w czym mogę pomóc? - rozległ się głos z małej metalowej skrzynki osadzonej na bramie.

- Otwieraj tę pieprzoną bramę, kretynie! Masz tam kamerę, to chyba widzisz, kto przyjechał?! – rzucił z wściekłością mężczyzna.

- Znowu coś pił, szefie!, gada jak ten z Ritza, no ten, co szefowi zawsze brykę na parking odprowadza, szef wie!

- Wiem – kierowca, zwany Volkanem, wyraźnie nie miał ochoty o tym rozmawiać.

Brama odsunęła się z nieprzyjemnym szelestem. Ruszyli pod dom. Tam z auta wysiadło czterech mężczyzn zajmujących tylne siedzenia.

- Gdzie go chcesz trzymać? – spytał jeden z nich.

- Z tyłu domu jest wejście do piwnicy, wrzućcie go tam, tylko już go nie bijcie! Ma być przytomny, zrozumiałeś? – Volkan popatrzył na Nagiego, tego, który pytał.

- Jasne, szefie, kumam, nawet go palcem nie dotknę!

Volkan podszedł do samochodu, otworzył klapę bagażnika i popatrzył na ciało leżące w środku.

- Tak jak mówię, do piwnicy z nim. Ja idę porozmawiać z ojcem, to zajmie kilka minut. Nagi, odpowiadasz za niego, jak umrze, ty razem z nim. Nie żartuję - groźnie popatrzył na Nagiego. - Za dużo, kurwa, kasy straciłem przez tego gnoja, żeby mi teraz zdechł – dodał z nagłą złością. - Do roboty, szkoda czasu - warknął i ruszył do drzwi do domu.

Dwóch pasażerów złapało leżącego w kufrze samochodu za nogi, jeden za ręce i zaczęli go nieść na tył budynku.

- Cholera, ciężki jest! - zasapany Nagi zaczął narzekać. – Zupełnie jak świniak, ze 130 kilo jak nic!

- Nie on ciężki, tylko ty słaby. Więcej ćpaj, to niedługo ciebie będziemy tak nieść.

- Odezwał się ten, co tylko na mleku i witaminkach żyje… Sam walisz kokę, a do mnie się przypieprzasz. – Nagi chciał dodać coś jeszcze, ale trochę bał się Hagiego. Wiedział, że jak się go mocno zdenerwuje, to może nieźle przywalić. Nagi był co prawda ulubieńcem Volkana, ale nie był nietykalny…

Dotarli wreszcie na tyły posiadłości, położyli ciało na trawie i zapalili papierosy.

- Zobacz, wygląda, jakby był martwy - Nagi pochylił się nad leżącym. - Nos połamany, gęba cała w sińcach… A to dopiero początek, nie ma co, ma facet przejebane…

Rzucili pety w trawę, podnieśli mężczyznę i zeszli schodami do piwnicy. Przeszli przez pomieszczenie gospodarcze i stanęli przed drzwiami z napisem Niebezpieczne środki chemiczne.

- Ten to dopiero jest niebezpieczny, co, chłopaki? - Nagi popatrzył po twarzach kumpli.

- No, trzeba przyznać, że skurwiel jest twardy - odpowiedział jeden z nich. - Żeby nie spluwy, nie dalibyśmy rady, tłukł nas, jakbyśmy byli pieprzonymi nastolatkami!

- Całe szczęście, że odpuścił, bo się nam szpital na ładnych kilka tygodni szykował - Nagi wciąż z zainteresowaniem oglądał pobitego.

- Fajny ma łańcuszek, chyba sobie wezmę, jemu i tak już nie będzie potrzebny - zaśmiał się trzeci z bandziorów. - Założę się o stówę, że dzisiaj będziemy kopać dziurę dla niego.

- Weź jeszcze skarpetki i gacie, pieprzona łajzo! Mało ci Volkan płaci? - Na twarzy drugiego pokazało się coś na kształt litości. - To dobry facet… jak on pięknie napierdalał tych wszystkich leszczy, nie było na niego silnego!

- No nie było, faktycznie, ale nie zrobił, co mu szef kazał i teraz będzie oglądał kwiatki od spodu. - Nagi wstał znad ciała i znów zapalił papierosa.

- Co ty z tym szefem, przecież to Volkan, a nie jakiś szef - drugi popatrzył z pogardą na Nagiego.

- Dla kogo Volkan, dla tego Volkan. W końcu to syn bossa tureckiej mafii w Anglii, należy mu się szacunek, nie? - Nagi wypowiedział te słowa, jakby odmawiał modlitwę. - Co prawda wychowaliśmy się na jednej ulicy, ale teraz to inna bajka, należy mu się szacunek i już!

- Dobra, starczy tego gadania. Co z nim robimy? - drugi z bandziorów, Hagi, nie chciał tego dalej słuchać. W czasach szczenięcych, kiedy jeszcze mieszkali w Turcji, to on był najważniejszy w bandzie, ale od momentu, gdy ojciec Volkana zaczął robić karierę w mafii wszystko się pozmieniało. U Volkana coraz bardziej można było zauważyć ochotę do rządzenia. Zrobił się pyskaty, nie chciał słuchać starszych kolegów a w razie problemów zasłaniał się ojcem. Nigdy nie był zbyt silny, ale za to sprytny i mądry. Dużo czytał. Gdy ojca odwiedzali koledzy, zawsze ich zaczepiał. Pytał o wszystko i wszystkich, gdy czegoś nie rozumiał, szedł do ojca i prosił, żeby ten mu wytłumaczył. Volkan wiedział, że Hagi zazdrości mu pozycji, jaką zdobył, dlatego zaczął faworyzować Nagiego, choć ten był najsłabszy i najgłupszy z całej bandy. A może właśnie dlatego.

- Wrzućcie go do tej piwniczki i wystarczy na dziś. Idźcie coś zjeść. Sporo się dziś działo przez tego kutasa -Volkan znienacka pojawił się przy kolegach.

- Jesteś pewny, szefie, że chcesz z nim zostać sam? - Nagi wyglądał na zaniepokojonego.

- Przywiążcie go dobrze do tego słupa i spadajcie… - odparł Volkan. Nie zamierzał się tłumaczyć. To on był tu szefem.


Rozdział 1

Marcin obudził się nad ranem. Było jeszcze ciemno, choć powoli jaśniejące niebo sygnalizowało wstający dzień. Znał już tę poranną poświatę, był prawie pewny, że jest 4.00, góra 4.30. Popatrzył na zegarek i uśmiechnął się zadowolony: 3.57.

Kurwa mać - pomyślał - znowu trzeba będzie czekać ponad godzinę, aż Pakistańczyk otworzy sklep i będzie można zabić kaca na kilka godzin.

Pił już od dobrych dziesięciu dni. Nie ubierał się i nie rozbierał także, po prostu wychodził co kilka godzin do sklepu. Kupował, co się dało i znowu upijał. Wszystko przez tę Angielkę, Jenny.

Poznali się w restauracji, gdzie razem pracowali. On był kucharzem, ona kelnerką. Zawsze był dla niej miły, uśmiechał się trochę nienaturalnie. Wyglądało to komicznie, potężnie zbudowany Polak - miał ze 130kg wagi - i filigranowa dziewczyna, pół Angielka, pół Hinduska. Dziewczyna wyczuwała, że się chłopakowi podoba, więc to wykorzystywała. Gdy była głodna czy też potrzebowała drobnej przysługi, zawsze przychodziła do Marcina, a ten nigdy Jenny nie odmawiał, myśląc, że on też jest w jej typie. Chłopak, mimo że był dość nieśmiały do kobiet, pewnego dnia, jakieś trzy tygodnie od chwili, gdy zaczął tam pracować, spytał ją, czy miałaby ochotę spotkać się po pracy. Pretekstem do wyjścia gdzieś razem miała być pomoc przy nauce języka. Oboje wiedzieli, że to ściema, ale tej wersji się trzymali.

Marcin był sportowcem, od dziecka zawsze coś trenował, dbał o kondycję. Gdy zaczęli się spotykać z Jenny, wszystko to się zmieniło. Zaczęły się nocne balangi, wychodzenie do klubów, pubów. Nocne życie, alkohol, czasem narkotyki, to było to, co Jenny kochała i wcale nie zamierzała tego zmieniać. Trzeźwa była normalną spokojną dziewczyną, gdy jednak wypiła, wstępowała w nią diablica. Piła, ile tylko dała radę, wiele razy Marcin musiał ostro reagować, gdy coś narozrabiała. Wiecznie miał problemy z kolesiami, którzy próbowali ją poderwać. Wystarczyło, że wyszedł tylko do toalety albo do baru po drinki, a już przy stole pojawiał się jakiś amant. Prawdę mówiąc, dziewczyna sama prowokowała takie sytuacje. Jej zainteresowanie Marcinem miało dość ograniczony limit. Po kilku drinkach zaczynało ją nosić, rzucała prowokujące spojrzenia po sali. Odpowiadała uśmiechem na zaczepki facetów. Wcale z Marcinem nie wyglądali na parę, która przyszła razem, raczej na dwójkę przyjaciół, którzy poszli się zabawić wspólnie.

Taka była Jenny i nic nie mogło tego zmienić. Marcin, mimo że widział, co się dzieje, nie potrafił, a nawet nie chciał tego zmieniać. Nie miał doświadczenia z kobietami, a Jenny dawała mu to, o czym zawsze marzył: seks z piękną dziewczyną. Wykalkulował więc sobie, że te pieniądze, które wydaje, i tak są niską ceną za towarzystwo takiej dziewczyny. Te wszystkie typki, którzy próbowali ją poderwać, też nie stanowili żadnego problemu. Wystarczyło krzywo spojrzeć na kolesia, aby ten zrozumiał, że nie ma tu czego szukać. Zdarzyło się co prawda kilka razy, że jakiś desperat nie chciał odpuścić, więc Marcin musiał mu przywalić. Czasami wracali z kolegą czy nawet kilkoma, ale to była amatorka. Wiele lat trenowania boksu, zapasów, częste bijatyki na ulicy zrobiły z chłopaka maszynę do zabijania ludzi. Przysłowiowego zabijania, rzecz jasna. Nigdy nikogo nie zabił, za to wielu facetów, którzy myśleli, że dadzą radę, choć byli ciency, wysłał na długo do szpitala.


Aż nadszedł ten dzień, którego się spodziewał i obawiał. Znudził się jej! Przestała odpowiadać na jego telefony, nie przychodziła do pracy, po prostu znikła.

Coś w nim pękło. Rzucił pracę, tylko pił i spał, spał i pił - i tak w kółko...

Popatrzył znów na zegarek. 4.27.

Zaraz zdechnę – pomyślał. – Idę, może Pakistan szybciej otworzy, czasem wcześniej przyjeżdża tym zdezelowanym Voyagerem.

Wstał i zaraz z powrotem usiadł na łóżku. Póki leżał, nawet nie czuł, w jak fatalnym jest stanie. Kiedy wstał i zrobił pierwszy krok, pokój zawirował mu przed oczyma. Dawało o sobie znać dziesięciodniowe chlanie. Przez te dni nie zjadł nawet kawałka chleba, alkohol dostarczał mu kalorii do funkcjonowania. Nawet najsilniejszy organizm musi się jednak kiedyś poddać. Wstał ponownie, tym razem powoli zrobił kilka kroków w stronę lustra.

Kurwa mać, jak ja wyglądam - zaklął w duchu, widząc swoje odbicie w lustrze. Jak jakiś pieprzony lump! Koniec picia, prawie dwa tygodnie wystarczą!

Przypomniało mu się, jak ktoś mu kiedyś tłumaczył, że nie wolno po okresie długiego picia, gwałtownie odpuszczać. Trzeba co kilka godzin trochę wypić, małą dawkę, żeby organizm nie doznał szoku. Wtedy się z tego śmiał, ale teraz czuł, że tak musi zrobić.

Jakimś cudem powoli doszedł do sklepu. Jak się spodziewał, był jeszcze zamknięty, usiadł więc na ławce i czekał. Czuł się fatalnie, cała głowa pulsowała, ręce mu się trzęsły. Co chwilę spoglądał na zegarek, jakby miało to przyśpieszyć czas.

Nie jest dobrze – pomyślał - zostało mi może ze sto funtów, nie mam pracy, za pokój też trzeba zapłacić, trzeba brać się w garść i wyjść z tego gówna!

Wreszcie przyjechał właściciel. Marcin kupił małą butelkę wódki i cztery piwa. Wyszedł ze sklepu i usiadł znowu na ławce. Odkręcił korek od butelki wódki i upił mały łyk, poczekał kilkanaście sekund i powtórzył tę czynność. Po kilku chwilach poczuł, jak fala ulgi ogarnia organizm.

- Boże, jak dobrze! - westchnął do siebie. - Nie ma co czekać, trzeba wykorzystać te parę minut i jakoś dojść z powrotem do domu.

Wychodzenie z picia nie było takie proste. Po dwóch godzinach znowu poczuł się niedobrze, zbierało mu się na wymioty, cały rozdygotany, ledwo doszedł do łazienki, Nie miał nic w żołądku oprócz alkoholu, więc wymiotował żółcią. Tak było przez cały dzień. Próbował spać, to znowu leciał do łazienki i znowu próbował spać. Pod wieczór organizm się trochę uspokoił, przynajmniej na tyle, że chłopak postanowił zjeść kawałek chleba z szynką. Ciężko było to nazwać kolacją, ale zawsze to dobry początek.

Młody, wysportowany organizm 25-latka dość szybko zwalczył wycieńczenie alkoholowe. Już po dwóch dniach Marcin prawie całkowicie odzyskał formę. Najpierw musiał poszukać pracy. Z tych trzech tysięcy, które zaoszczędził, zostały tylko wspomnienia, wszystko przebalował z Jenny.

Wysyłał odpowiedzi na ogłoszenia stron oferujących pracę. Wydrukował także swoje CV i chodził po Londynie rozdając je w różnych miejscach: pubach, restauracjach, wszędzie, gdzie mógł znaleźć pracę kucharz.

Następnego dnia, około 11.00, zadzwonił telefon. Marcin właśnie przygotowywał się do wyjścia.

- Mogę rozmawiać z Marcinem? - zabrzmiał głos w słuchawce.

- To ja, słucham - odpowiedział swoim dość słabym angielskim.

- Mam twoje CV wysłane z Gumtree, czy w dalszym ciągu poszukujesz pracy?

- O tak, zdecydowanie! - odpowiedział zbyt nerwowym głosem, ale kompletny brak pieniędzy spowodował, że ten telefon dał mu nadzieję na powrót do normalności.

- Jestem Robin, prowadzę kuchnię w „Fox”, irlandzkim pubie w Hoxton. Może moglibyśmy się spotkać i porozmawiać o twojej ewentualnej pracy dla nas?

- Jasne, pewnie, że możemy. Kiedy miałbyś ochotę się spotkać?

- Dzisiaj o 16.00 pasuje ci?

- Tak, tak, zdecydowanie mi pasuje, prosiłbym tylko o przysłanie mi sms-a z adresem - wciąż zdenerwowany chłopak nie mógł uwierzyć, że tak szybko może mu się udać znaleźć pracę.

- Ok, wysyłam ci sms-a i co, do zobaczenia o 16.00?

Usiadł uradowany na łóżku i zaczął główkować. Miał osiemdziesiąt funtów, kupi travelkę (bilet tygodniowy na autobusy i metro), ten facet mówił, że to pub, więc pewnie płacą tygodniówki. Teraz tylko dobrze pogadać i powinno być w porządku! Jak przyśle tego sms-a, trzeba sprawdzić, gdzie to jest i jak tam dojechać.


Wysiadł z autobusu 67, przeszedł na drugą stronę ulicy i stanął przed wejściem do pubu. Drzwi były zamknięte. Ciekawe, co to za miejsce? – pomyślał.

Przez okna budynku zauważył w środku kręcących się ludzi, prawdopodobnie pracowników przygotowujących się do otwarcia. Zastukał w okno, ale osoba w środku nie zareagowała. Pewnie myśli, że to spragniony klient i nie otworzy przed czwartą - Marcin zauważył, że w innym pomieszczeniu kręci się ktoś w kuchennym uniformie. To jest pewnie Robin. Wyciągnął telefon i zadzwonił.

-Cześć, tu Marcin, jestem na zewnątrz pubu, ale drzwi są zamknięte i nie mogę wejść.

-Ok, już ci otwieram.

Po chwili w drzwiach stanął chłopak. Wyglądał na trzydziestkę. Miał czarne włosy i ciężkie do zapamiętania rysy twarzy.

- O, mój Boże, jakiś ty wielki! Czym oni was tam w Polsce karmią, że takie kolosy wyrastają? – mówił, prowadząc Marcina do środka. Od razu polubił tego gościa, widać było, że jest prostolinijny i mówi prosto z mostu, co mu leży na wątrobie.

- Zawsze myślałem, że ja jestem spory, ale przy tobie wyglądam jak dużo młodszy brat - klepnął Polaka po ramieniu. – Chodź, pokażę ci wszystko i powiem, co tu robimy.

Weszli do kuchni, Robin wziął menu i zaczął tłumaczyć, jaki rodzaj jedzenia serwowali w pubie. Było to raczej typowe pubowe jedzenie - steki, burgery, kanapki z mięsem i kilka rzeczy dla wegetarian. Z tą różnica, że Robin, który pochodził z Nowej Zelandii, nadawał temu nowy kształt. Stosował zupełnie inne sosy, zmieniał prezentację na talerzach. Dania, choć miały bardzo popularne w mieście nazwy, wyglądały kompletnie inaczej.

Był to craft pub, co oznaczało, że wszystkie piwa były bardzo rzadko spotykane w innych pubach. Można było kupić kufel lub szklankę piwa z Australii, Indii, Czech, a także z małych angielskich browarów. Cały pomysł pubu polegał na serwowaniu rzadkich, ale bardzo dobrych gatunkowo piw i podążając w tym samym kierunku, także jedzenie było robione w unikalny sposób.

Marcin robił wszystko, aby zaprezentować się z jak najlepszej strony. Opowiadał o swoim doświadczeniu, co gotował i jak to robił. Robin przyleciał do Londynu zaledwie trzy miesiące wcześniej, więc też wykazywał spore zainteresowanie tym, o czym Polak mu opowiadał. Wyglądało na to, że znaleźli wspólny język. Marcinowi podobało się miejsce, Robin też wykazywał chęć współpracy z polskim kucharzem.

- Jaka jest twoja stawka godzinowa? Płacę gotówkę do ręki.

Chłopak nie wiedział, co odpowiedzieć. Powie za mało, będzie żałował, powie za dużo, będą krzywo na siebie patrzeć.

- Ja mam dwanaście na godzinę, więc myślę, że dziesięć powinno być dla ciebie ok? - Widząc wahanie na twarzy chłopaka, Robin postanowił mu pomóc.

Zapłacą mi dychę na godzinę? - Marcin był w lekkim szoku. Spodziewał się sześć i pół, może siedem funtów, dziesięć to było jak marzenie. W ostatniej pracy za pięćdziesiąt godzin dostawał jakieś dwieście sześćdziesiąt funtów. Tutaj za tyle samo godzin dwa razy więcej to była naprawdę kolosalna różnica!

- Dobrze, Marcin, ja muszę otworzyć kuchnię, a my spotykamy się jutro o 16.00, ok?

- Jasne! – odparł Marcin. - Do jutra i dziękuję za pracę!

Podali sobie ręce i chłopak wyszedł z kuchni.


Ta nagła zmiana jego sytuacji spowodowała, że postanowił wziąć się za siebie. Muszę znowu zacząć trenować – pomyślał. - Przez tę historię z Jenny i całe to picie straciłem formę. Mam pracować od 16.00, więc rano będzie kilka godzin, żeby coś z tym zrobić.


Nazajutrz kilka minut przed 16.00 wszedł do pubu. Za barem kręcił się jakiś facet.

- Cześć, jestem Marcin, zaczynam dziś pracę na kuchni - zwrócił się do mężczyzny. Tamten przez chwilę milczał, jakby nad czymś się zastanawiał.

- A tak, no witaj, jestem Joe, to mój pub - na jego twarzy pojawił się jakby uśmiech. - Robin mówił mi o tobie, jesteś z Polski, prawda? Przepraszam cię, mam tu sporo pracy, idź do kuchni, kucharz ci wszystko pokaże, ok?

- Ten Joe nie bardzo lubi gadać, co? – przebierając się, Marcin zagadał do Robina.

- No nie lubi, taki skryty charakter, za to lubi gadać, jak wypije - odparł tamten ze śmiechem.

Przygotowali się do serwisu i czekali na zamówienia. Był wtorek, raczej nie zapowiadało się na duży ruch, większość czasu spędzali na gadaniu. Po jakiejś godzinie pojawił się w pracy Ansu, czarny sprzątacz i pomywacz naczyń. Od razu zaczął patrzyć na nowego kucharza jakimś dziwnym wzrokiem. Można by powiedzieć, strachem połączonym z nienawiścią. Marcin kilka razy pytał go o coś i zawsze otrzymywał opryskliwą odpowiedź. Popatrzył na Robina, ale ten tylko wzruszał ramionami, jakby też nie miał recepty na Ansu.

- Ej, koleżko, masz jakiś problem ze mną? - zapytał wreszcie, patrząc mu w oczy.

Śmiesznie to wyglądało, Marcin, który miał metr dziewięćdziesiąt pięć wzrostu i czarny chłopak, niemal o połowę mniejszy od niego. Wystraszony pomywacz cofnął się kilka kroków i zaczął szybko mówić:

- Bo wy, Polacy, to wszyscy rasiści jesteście, wyzywacie nas od czarnuchów! Nie szanujecie! Kiedyś przez jednego straciłem pracę!

- Czemu wrzucasz mnie do jednego worka ze wszystkimi Polakami? Chłopie, znasz mnie od kilku minut i już zakładasz, że będę cię od czarnuchów wyzywał, popracuj trochę ze mną i zobaczysz, że będzie dobrze.

Robin machnął ręką, dając znak, żeby za nim poszedł. Zeszli krętymi schodami na dół, do piwnicznych pomieszczeń.

- Olej go, i tak niedługo go zwolnię, wiecznie się spóźnia, a jak pracuje, to z taką łaską, jakby tu za karę przychodził. Znajdziemy innego portera, takiego, co chce pracować - Nowozelandczyk oprowadzał Marcina po piwnicach. - Tu trzymamy warzywa, w tej zamrażarce mięso, a tam na lewo jest pomieszczenie rekreacyjne.

- Co to znaczy? Bzykacie tam kelnerki? - zażartował Marcin.

- Niestety nie! Mamy tu co prawda kilka niezłych lasek, ale jak na razie nic się nie dzieje. Właściciel poderwał Hannę, ale nie wróżę im długiej przyszłości. Nie, tam jest taka mała sala treningowa -sztanga, hankle, worek bokserski i takie tam. Chcesz zobaczyć?

- Innym razem - Marcin zawahał się.

- No dobra, to wracamy na górę, dochodzi ósma, mogą przysłać trochę zamówień na jedzenie.

Nic wielkiego się nie wydarzyło. Usmażyli kilka burgerów, ze trzy steki i to było tyle. Bardzo spokojny dzień.

- Jak możesz, dokończ sprzątanie serwisu i sprawdź jeszcze jedzenie w lodówkach. Daty ważności i czy coś nie jest zepsute. Ja mam trochę papierkowej roboty, spotkamy się za pół godziny przy barze, w porządku?

- Pewnie, że w porządku, nie ma problemu, szefuńciu - trochę zmęczony, ale szczęśliwy chłopak uśmiechnął się do szefa kuchni.

Tak jak poprosił go Robin, Polak zrobił wszystko co do joty. Korzystając, że są sami, zażartował kilka razy do Ansu, pytał go o rodzinę, jak mu się żyje w Londynie. Początkowo tamten nie bardzo chciał mu odpowiadać, ale z czasem się wyluzował i rozmawiali w całkiem przyjacielskiej atmosferze.

- Dobra, mój przyjacielu, wszystko posprzątane, polski skurwysyn może iść do domu.

Kiedy wychodził z kuchni, usłyszał zza pleców:

- Nie jesteś skurwysyn, bardzo dobrze mi się z tobą pracuje, do jutra!

Przebrał się i poszedł do baru. Robin już tam siedział i rozmawiał z jakąś dziewczyną. Boże, jaka ona śliczna – pomyślał. - Jenny była ładna, ale przy tej wyglądałaby jak kuzynka z prowincji. Zajebista!!!

- Hej, Marcin, poznaj Hannę, naszą najlepszą kelnerkę i jeszcze lepszą projektantkę mody.

- Miło cię poznać - dziewczyna o boskiej twarzy uśmiechnęła się i poprosiła Marcina, żeby z nimi usiadł. Chłopak był zauroczony Hanną, nie dość, że piękna i mądra, to jeszcze seksownie się ubierała. Opowiadała o sobie swoim aksamitnym głosem. Jej ojciec był Egipcjaninem, a matka Angielką. Gdy miała osiemnaście lat, uciekła do Londynu i już tu została. Miała 25lat, od kilku miesięcy próbowała swoich sił w świecie mody, za pośrednictwem strony internetowej doradzała ludziom, jak się ubierać, jak korzystnie zmienić image, żeby się lepiej prezentować. Strona na razie nie przynosiła dużych dochodów, więc pracowała jako kelnerka w pubie u swojego chłopaka, Joe, tego samego, dla którego pracowali Robin i Marcin.

Pojawiło się jeszcze kilka osób i przesiedli się do stolika. Marcin zauważył, jak wielkie ma braki językowe. Była kolosalna różnica pomiędzy rozmawianiem w pracy, gdzie słaby komunikatywny angielski wystarczał, a rozmową teraz, gdy wszyscy byli po alkoholu. Część ludzi używała żargonu i regionalnych odmian angielskiego. Miał duży problem w komunikowaniu się z innymi na poziomie, jakiego by sobie życzył.

Nagle zauważył, że jeden z klientów, który miał już dobrze w czubie, zrobił się bardzo nachalny w stosunku do Hanny. Proponował drinki, mimo, że dziewczyna mu odmawiała w bardzo grzeczny sposób. Facet za nic nie chciał się odczepić.

Polak czekał na reakcję ze strony Joe, ale ten jakoś nie bardzo się kwapił, żeby coś zrobić. Marcin postanowił zrobić to, w czym był naprawdę dobry: zmieszać faceta z błotem. Wykorzystał moment, że Joe wyszedł do toalety, wstał od stolika i idąc do baru niby przypadkiem trącił faceta.

- Na co się, kurwa, śmieciu, patrzysz, może mi postawisz drinka!? Moja żona nie chce, ale ja wypiję, palancie - mrugnął okien do Hanny na znak, że wszystko jest ok i wie, co robi.

- Czego ty ode mnie chcesz, człowieku? Przyjedzie taki szmaciarz z obcego kraju i myśli, że mu wszystko wolno! Chciałem tylko z nią pogadać, debilu!

- Aha, lubisz rozmawiać, dobra, to porozmawiasz z lekarzem o swoim nosie.

- O jakim kurw... - nie zdążył skończyć, Marcin ścisnął jego nos palcami tak mocno, że delikwent zrobił się biały na twarzy.

- Spieprzaj stąd, póki jeszcze możesz, nie chcesz zobaczyć, co zrobię jak mnie naprawdę wkurzysz! - mówiąc to, Polak podniósł go z krzesła i przeniósł kilka metrów w stronę drzwi wejściowych.

- Miło było cię poznać i zapraszamy w przyszłym roku - dodał z uśmiechem i pomachał ręką na pożegnanie. Wrócił do stolika i napił się piwa.

- Ooo, wrócił nasz Herkules, dobrze brachu zrobiłeś, ale uważaj na Joe, u niego pieniążki na pierwszym miejscu, a w końcu to był klient.

- Robin, przestań gadać głupoty, nie jesteśmy w pracy - Hanna popatrzyła na Marcina. - A tobie naprawdę dziękuję! Widać tylko ty masz jaja przy tym stoliku!

- Dobra, ludzie, na mnie pora, z rana muszę pobiegać - Marcin podniósł się od stolika. Widział, że reszta była dość mocno pijana, a on postanowił wrócić do starych nawyków. Chciał znowu trenować, a nocne zostawanie po pracy było mu nie po drodze. Jak mówił: albo trening, albo picie, można czasem zostać na jeden kufel piwa, ale to wszystko!

Pożegnał się ze wszystkimi i wyszedł z pubu. Ciągle miał w głowie obraz Hanny, uśmiechniętej, pięknej aż do bólu. - No cóż - westchnął - za wysokie progi, może kiedyś...
 
     
lukaszmigura 



Dołączył: 01 Paź 2014
Posty: 16
Wysłany: 2015-01-30, 19:51   

zawsze warto, lepsze kilka stron słabego tekstu, niż nic
_________________
Swoje teksty publikuję na lukaszmigura.com. Sprawdź, czy warto czytać moje opowiadania.
 
     
tomek3000xxl 


Wiek: 46
Dołączył: 23 Lut 2014
Posty: 2
Wysłany: 2015-01-30, 23:57   

hej Chyba bardzo słabego, choć od zeszłego roku myślę, że zrobiłem niewielki postęp. Przeczytałem twoje opowiadania. Nie bardzo lubię taką tematykę, ale podobało mi się. Zgrabnie napisane. Mam nadzieję, że za kilka lat będe też mógł pochwalić się takim warsztatem litereckim. Na razie, no cóż jest gdzieś w okolicach żłobka. Pozdrawiam
 
     
magragora 



Wiek: 60
Dołączyła: 25 Lis 2014
Posty: 1253
Skąd: z nad jeziora...
Wysłany: 2015-01-31, 08:21   

Trening czyni mistrza, więc nie poddawaj się:-)
_________________
Wszystko jest możliwe. Niemożliwe wymaga po prostu więcej czasu.
 
     
adamoantos 


Wiek: 24
Dołączył: 25 Maj 2018
Posty: 1
Wysłany: 2018-05-25, 13:08   

Wszystko jest kwestią ile motywacja nas trzyma do realizacji :)
 
     
Wyświetl posty z ostatnich:   
Odpowiedz do tematu
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach
Nie możesz załączać plików na tym forum
Możesz ściągać załączniki na tym forum
Dodaj temat do Ulubionych
Wersja do druku

Skocz do:  


Forum KGB

Powered by phpBB modified by Przemo © 2003 phpBB Group
Strona wygenerowana w 0,08 sekundy. Zapytań do SQL: 12