Forum Książki
Witamy w Księgogrodzie!

Pisać każdy może - Projekt: Antymag

Supreme King - 2016-06-23, 23:53
Temat postu: Projekt: Antymag
I
Fler potknęła się kolejny raz o korzeń dębu, który był tak masywny, że przy większym impecie mogłaby nawet złamać o niego nogę. Sam fakt, że zapomniała o tej przeszkodzie dał jej do zrozumienia, że jej sytuacja jest beznadziejna. Las był jej domem od wielu, wielu lat. Co prawda nie wychowała się w nim, ale trafiła tu już jako nastoletnia dziewczynka gdy cały jej świat stanął do góry nogami. To właśnie tutaj, w tej zielonej fortecy znalazła swój azyl, schronienie przed wścibskimi ludźmi i tymi, którzy chcieli ją skrzywdzić. Od tego czasu minęło już ponad dziesięć lat a ona zdążyła poznać każdy krzak i każde drzewo, które zamieszkiwało to miejsce. Las był czymś więcej niż tylko jej domem, był jej przyjacielem i sojusznikiem, który chronił ją a ona w ramach rewanżu chroniła go. Tym razem jednak ani ona nie mogła pomóc jemu, ani on jej. Uciekała.
Wstała, noga pulsowała bólem, a gdy postawiła kolejny krok czuła, że wpłynie to na jej prędkość poruszania się. Nie miała jednak wyboru, musiała biec, czy to podskakując, czy kulejąc, nie zamierzała się zatrzymywać.
Mijała właśnie pasmo ostrokrzewów w których bawiła się tyle razy, że w pewnym momencie nawet kolce i zadrapania zdawały się nie robić na niej większego wrażenia, ale teraz dokładnie czuła każde ukłucie i zadrapanie, które zadawały jej bezlitosne rośliny. Jej ramiona i tak już wyglądały jak po spotkaniu z jakimś drapieżnym zwierzęciem dlatego nie robiło jej to za dużej różnicy. Ból stawał się dla niej problemem dopiero w tym momencie gdy blokował jej mobilność, bo tego właśnie teraz potrzebowała.
Nie wiedziała kim on jest i czego chce, ale jednego była pewna – był to ktoś potężny. Ktoś z kim nawet las nie mógł sobie poradzić. Walka z nim nie miała sensu, jedyną drogą była ucieczka. Oczywiście próbowała stawić mu czoła, jak dotąd była niepokonana w lesie. Bo któż miałby szansę z nią w jej domenie? Jednak ten potwór pokonał ją nawet się nie męcząc.
***
Wcześniej.
Fler siedziała na kamieniu nieopodal małego strumyka. Lubiła to miejsce i przychodziła tutaj nawet wtedy gdy nie miała potrzeby umycia się albo wyprania swoich rzeczy. Było w tym miejscu coś kojącego, pozwalało jej wyciszyć się i oczyścić duszę. Cały las był wspaniały, ale to miejsce było dla niej wyjątkowe. Ostatnimi czasy miała sporo problemów z intruzami, którzy starali się wykurzyć ją z lasu. Wieśniacy byli już od jakiegoś czasu nieznośni, ale ostatnimi czasy stali się wyjątkowo natarczywi. Głupcy naprawdę sądzili, że mogą jej cokolwiek zrobić na terenie jej królestwa. Dwóch z nich zginęło w momencie w którym próbowali podpalić drzewa. Nie mieli świadomości, że jej las jest w stanie sam się obronić. Po śmierci pierwszej dwójki pozostali uciekli i jak na razie nie pokazali się w pobliżu ponownie, ale Fler wiedziała że to tylko kwestia czasu kiedy znowu pokażą tu swoje odrażające twarze.
Nagle usłyszała szelest, co w lesie nie było czymś niecodziennym, ale zmartwiła ją inna rzecz. Ona była tym lasem a on był nią. Wiedziała o wszystkim co się dzieje wewnątrz jego tak samo jak las orientował się jak w danej chwili czuje się Fler. Ten szelest, któremu towarzyszyło stąpanie czegoś lub kogoś o sporych rozmiarach. Nie wyczuwała obecności tej istoty, co przerażało ją. Kimkolwiek lub czymkolwiek był nie był tutaj mile widziany i powinien zdawać sobie z tego sprawę.
Odgłosy kroków były już coraz głośniejsze a Fler wiedziała już, że dochodzą dokładnie zza jej pleców. Odwróciła się wpatrując w zarośla i krzewy, których z jakiegoś powodu teraz nie odczuwała, jakby nie były częścią jej świata, a przecież pamiętała każdą z tych roślin, wielu z nich nadała nawet imiona.
Intruz ściął kilka gałęzi, które blokowały mu drogę do Fler. Był dobrze zbudowany, robił wrażenie na Fler zwłaszcza dlatego, że jedynych przedstawicieli ludzkich jakich czasem widywała reprezentowali grubi, zapijaczeni chłopi albo dzieci, które bardzo kochała. Ten osobnik był inny. Miał na sobie skórzaną, ciemnoszarą kurtkę z kilkoma wzmocnieniami zrobionymi z metalu i łańcuchów. Na piersi mężczyzna nosił znak, którego Fler nigdy nie widziała – była to biała pięść ściskająca błyskawicę. Szukała jego twarzy, ale nie mogła jej odnaleźć, była skryta zarówno pod kapturem kurtki jak i jakiegoś rodzaju chustą, którą nieznajomy owinął sobie twarz. Jedyne co była w stanie zobaczyć z jego twarzy były oczy. Duże, czarne i całkowicie pozbawione radości. Od tego osobnika biła nienawiść, wyczuwała to na kilometr. Przyjrzała mu się raz jeszcze z nadzieją, że dowie się o nim więcej nim zmuszona będzie stawić mu czoła. W prawej ręce zakrzywiony miecz, który nie przypominał żadną z broni wcześniej oglądanych przez Fler. W dodatku ostrze otoczone było czerwoną poświatą, a światło wydobywające się z broni było na tyle potężne, że nawet blask słońca nie był w stanie go przyćmić. Czy było magiczne? Fler nie wyczuwała w nim żadnej magii, ale wszystkie oznaki na to wskazywały.
Obcy nic nie mówił, jedynie wpatrywał się w Fler, co jakiś czas rozglądał się to na prawo to na lewo, jakby próbował analizować otoczenie. Kimkolwiek był las go nie wyczuł podobnie jak sama Fler. Nie było to naturalne, takie coś nigdy wcześniej nie miało miejsca. Fler zastanawiała się co to za uczucie, które nagle ją sparaliżowało gdy wpatrywała się w intruza. Czyżby był to strach? Nie bała się już tak długo. Ostatni raz miało to miejsce gdy pierwszy raz zawitała do lasu a ten wówczas wydawał jej się miejscem niebezpiecznym i mrocznym. Dopiero po spędzeniu w nim kilku dni uświadomiła sobie, że tutaj jest jej dom i nigdy już nie będzie musiała niczego ani nikogo bać bo las będzie tu by ją ustrzec i ochronić przed wszelkim niebezpieczeństwem. I tak właśnie było.
Do teraz.
Fler po prawie minucie ciszy i wymiany spojrzeń z intruzem zebrała się by się do niego odezwać.
- Co robisz w moim lesie? Jak tu wszedłeś? Czego chcesz? – wykrzyczała zarówno z wyrzutem jak i wyczuwalnym lękiem w głosie.
Osobnik nic nie odpowiedział, nadal przyglądał jej się bacznie. Był oddalony od niej jakieś dziesięć metrów a mimo to wydawał się być tuż obok. Lodowate spojrzenie w którym można było wyczytać jedynie nienawiść przygwoździło ją. Chciała wstać by być przygotowaną do działania gdy nadejdzie na to pora, ale nie mogła. Jej nogi były jak z waty. Nie wyczuwała żadnej magii u intruza, nie rzucił na nią żadnego uroku. On ją zwyczajnie zastraszył samą swoją prezencją. Miecz w jego ręku nadal mienił się ostrym czerwonym światłem.
- Z-zamierzasz coś powiedzieć? – wykrztusiła z siebie Fler.
Nic. Intruz nadal milczał, ale teraz wydawał się większą uwagę skupić na Fler. Nie poruszał się. Czy był człowiekiem? Nie oddychał albo robił to tak dyskretnie, że ludzkie oko nie mogło tego wyłapać. Żaden szczegół w lesie nie mógł schować się przed Fler a jednak ta istota była taka… przerażająco cicha.
- Masz się stąd wynosić! – wrzasnęła dziewczyna a z jej dłoni strzeliło niebieskie światło, które trafiło w drzewo zaraz za intruzem.
To samo drzewo zaczęło się ruszać a jedna z jego gałęzi wykonało zamach wymierzony prosto w obcego. Atak jednak się nie powiódł, bo wojak z łatwością uniknął nadciągającej gałęzi a następnie ściął ową gałąź swoim ostrzem. Ta gałąź była grubsza od samego intruza a ten ściął je jakby to było nic.
Fler wstała. Zgadywała, że to jej pierwotny instynkt, który nakazywał bronić się okazał się silniejszy od strachu, który ją sparaliżował. Znowu rzuciła zaklęcie, tym razem pod nogi intruza. Korzenie drzew koło których stał zaczęły pętać jego nogi. Ten jednak szybko ściął je i uniknął kolejnej fali ataków spod ziemi.
Serce Fler stanęło. Tym razem to intruz atakował. Ruszył na nią mocno trzymając swoje świecące krwistą czerwienią ostrze a jego wzrok, o ile to możliwe, emanował jeszcze większą nienawiść i pogardę niż wcześniej. Był szybki jak wiatr. Nawet tutaj w lesie, jej królestwie.
***
Teraz.
Pościg trwał a Fler wiedziała że z każdą chwilą intruz jest coraz bliżej. Liczne kontuzje których nabyła się podczas walki z nim jak i te, które zdobyła podczas uciekania zmniejszały tylko jej szansę na dotarcie do swojej chatki nim zostanie złapana. Chciała teraz znaleźć się blisko swoich dzieci, które tak bardzo kochała. One były jej ostatnią nadzieją, opoką która mogła jej uchronić. Chata była już tak niedaleko. Zostało jej dwadzieścia, może trzydzieści do pokonania. Spojrzała przez ramię chociaż nie musiała, bo wyczuwała jak padają kolejne z gałęzi w lesie. Jej królestwo było tratowane przez intruza a ona nie mogła nic z tym zrobić. Od kiedy tutaj zamieszkała nie czuła się tak bezsilna. Teraz nawet oddech przychodził jej z trudnością.
Znowu się potknęła, ale ostatkiem sił zdołała utrzymać się na nogach. Spojrzała na swoje lewe ramie na którym ujrzała głębokie rozcięcie od miecza intruza z którego płynęła intensywnie niebieska krew, jej krew. Nie był to jedyny raz gdy ostrze tego potwora spotkało się z jej ciałem podczas ich walki ale to było zdecydowanie najgłębsze i najbardziej bolesne. Jej magia niewiele mogła tutaj zdziałać. Z jej drugiej ręki wystrzelił zielony promień, który sprawił tylko tyle, że rana pokryła się liśćmi. Miała nadzieję zatamować w taki sposób krwawienie.
Chatka była już nie dalej niż pięć metrów przed nią a on już prawie ją dopadł. Zrobiło jej się niezwykle zimno co było dla niej czymś całkowicie niespotykanym bo od kiedy stała się panią tego miejsca to w każdą porę roku chodziła ubrana w ten sam sposób a ani chłód ani gorąc nigdy jej nie dotykały. W dodatku była już połowa wiosny i to właśnie w tym okresie gdy wszystko kwitło i rosło w siłę stawała się najpotężniejsza. Teraz jednak nie miało to znaczenia bo została pokonana. Pokonana to mało powiedziane, napastnik zmiażdżył ją w kilka minut i tylko cudem udało jej się umknąć śmierci. Zastanawiała się jak długo miało to jeszcze potrwać.
Nim otworzyła drzwi do swojej małej chatki zbudowanej w połowie ze słomy i drewna usłyszała odgłos ścinania krzaków po raz ostatni. Było to blisko, sama dopiero co mijała te zarośla, które zazwyczaj skutecznie skrywały jej chatkę. Nie odważyła się już odwrócić by spojrzeć na niego. Wiedziała, że jeśli to zrobi to strach ją sparaliżuje i przeszkodzi w racjonalnym działaniu.
Wbiegła do środka. Nie zamykała za sobą drzwi bo nie miało to większego sensu, straciłaby tylko cenne sekundy działań a intruz i tak pokonałby tą przeszkodę w mgnieniu oka. Już je ujrzała, były dokładnie tam gdzie je zostawiła. Dzieci czekały na nią grzecznie i cichutko dokładnie tak jak je uczyła. Tym razem odwiedziła ją dwójka, rodzeństwo. Starszy chłopczyk z kręconymi blond włosami miał na imię Adam a jego młodsza siostrzyczka Lilia o włosach również blond miała najsłodszy nosek pod słońcem, przypominała troszeczkę mysz. Fler podeszła do nich ze łzami w oczach, nachyliła się nad stołem i przytuliła oboje.
***
Intruz miał dwadzieścia sekund spóźnienia w stosunku do wiedźmy. Widział jak wbiega do chaty. Wiedział, że był to albo przejaw desperacji albo jej ostatni plan obronny. Nie wydawało mu się by ta przygotowała wewnątrz jakieś pułapki, nigdy zapewne nie zakładała by ktoś dotarł aż tutaj skoro większość ludzi, którzy zapuszczali się w ten las ginęło na samym wejściu a przynajmniej tak słyszał. Zostały więc dwie możliwości, albo w chatce znajdowało się jakieś tajemne przejście, które pozwoliłoby wiedźmie ucieczkę, jakiś ukryty tunel lub portal, którego w tym momencie nie wyczuwał, albo tam znajdowało się to z czego czerpała swoje moce. Nie pozostało mu nic innego niż przekonać się samemu, była to jedyna możliwość. Nie czuł strachu wchodząc do chaty, nie odczuwał nawet ekscytacji. Była to tylko kolejna z rzeczy, które musiał zrobić, jedna z wielu przeszkód do pokonania w realizacji jego rozkazów.
Wszedł do chaty do której drzwi nie były zamknięte. Była mądrzejsza niż się spodziewał, nie traciła czasu i cokolwiek zamierzała chciała się zabrać do tego jak najprędzej. W środku było duszno i strasznie śmierdziało. Dobrze znał ten zapach, zdążył poznać go przez lata, nic nie miało tak intensywnego zapachu jak śmierć. Zepsucie i zgnilizna prawie zmusiły go do wymiotów.
Wiedźma klęczała przy małym stoliczku, który przypominał na swój sposób te, które wyższa klasa zwała „stolikami do kawy”, tyle że o wiele uboższy w ozdoby. Coś ściskała i słyszał odgłosy przeżuwania. Dopiero po chwili zorientował się co tu się tak naprawdę działo i nawet jego odrzucił ten widok. Ona wbijała swoje zęby w tors małego, rozebranego do naga chłopczyka. Obok niego leżała jeszcze dziewczynka, była jeszcze młodsza od tego młokosa, który mógł mieć maksymalnie osiem lat. Ich ciała były rozczłonkowane, nie miały ani nóg ani rąk a ich oczy były wciąż otwarte. Dopiero teraz intruz zauważył kończyny, które walały się po całym wnętrzu chatki. Było tutaj także więcej ciał, wszystkie oznaki wskazywało na to, że dziecięcych. Większość z nich już zgnitych a z niektórych zostały same kości. Nie czuł współczucia, nie był pewien czy pamięta jeszcze to uczucie, ale nie zamierzał pozwolić wiedźmie kontynuować tych potworności. Był czas zakończyć nędzny żywot tej abominacji.
***
- Jeszcze chwilkę Adasiu i mamusia będzie zdrowa – wyszeptała Fler truchłu chłopca. – To właśnie moja miłość do was jest źródłem mojej mocy bo musicie wiedzieć, że miłość to najpiękniejsze uczucie na świecie. – Fler wbiła swoje paznokcie i zęby w klatkę piersiową chłopaka i zaczęła ją rozszarpywać.
Nagle odczuła niewyobrażalny jak dotąd jej ból w prawym ramieniu i wrzasnęła tak głośno, że na moment straciła głos. Intruz rzucił w nią nożem, który przebił jej prawe ramię. Obróciła się by na niego spojrzeć. Napastnik był już gotowy z kolejnym nożem, który tym razem trafił przedramię jej drugiej ręki, która wcześniej już była raniona jego mieczem. Już nie zakrzyczała tak głośno jak wcześniej, zaczęło jej brakować siły nawet na to.
Wstała, chciała biec. Nie wiedziała już gdzie będzie biegła, nie myślała trzeźwo w tym momencie, ale wiedziała, że musi się stąd wynieść jak najszybciej. Jej plan jednak runął równie prędko jak powstał bo potwór trafił ją nożem raz jeszcze, tym razem w prawą łydkę, co od razu zwaliło ją z nóg.
Jej świat runął. Jak do tego wszystkiego doszło? Przecież wszystko jak do tej pory było tak dobrze, wszystko było takie łatwe, beztroskie i piękne. A teraz? Teraz to już nie miało znaczenia, cokolwiek miało się wydarzyć… nie mogła nic na to poradzić. Gdzieś znalazła w sobie jeszcze ostatnie rezerwy odwagi by raz jeszcze spojrzeć na swojego oprawcę. Twarz miał nadal ukrytą, przykrytą kapturem i zasłoniętą chustką. Jedyne co widziała były te same, przeklęte, pozbawione jakiejkolwiek radości i życia czarne oczy, które ją pożerały. Był jeszcze ten przeklęty miecz w jego ręce, który mienił się przerażającym czerwonym światłem. Fler mogła przysiąść, że ostrze wołało do niej, wzywało ją.
***
Wiedźma była już bezbronna, mógł odsapnąć. Cokolwiek zamierzała zrobić z tymi dziećmi nie doszło do skutku. Zakładał, że jej magia była w jakiś sposób wzmacniana przez akt kanibalizmu. Gdzieś już czytał o takich chorych rytuałach i spaczonych użytkowaniu magii, ale nie sądził, że tutaj, wśród wiosek północy w Veryll znajdzie taką potworność, abominację jak ta wiedźma. Miał z nią skończyć jak ze wszystkimi innymi niebieskokrwistymi na których wcześniej polował, ale najpierw miał jeszcze kilka rzeczy do zrobienia.
Podszedł w stronę rozczłonkowanych zwłok dzieci rozłożonych na stole. Zapach był tak nieznośny, że nawet pomimo zaciągniętej chusty musiał zakryć twarz ręką. Spojrzał raz jeszcze w oczy chłopca i dziewczynki. Nie zasłużyły na to by umrzeć tutaj w taki sposób podobnie jak wiele innych dzieci, które zginęły tu przed nimi. Nie powinny też oglądać tego co tutaj zaraz miało się wydarzyć. Ręką wolną od miecza zamknął im powieki.
Obyście odnalazły spokój w śmierci – pomyślał i swoją uwagę znowu zwrócił na wiedźmę, która nie poruszyła już od dobrej chwili. Płakała a ten widok napełnił jego serce radością.
***
Jak on śmiał! On dotykał jej dzieci, jej skarby! – płakała coraz intensywniej i głośniej a oprawca zdawał sobie nic z tego nie robić. – Zabrał jej wszystko. Las, chatkę a teraz także dzieci. Jej żywot stracił właśnie sens.
Intruz chwycił jedyne krzesło, które znajdowało się w chatce i postawił je przed nią, nie dalej niż na wyciągnięcie ręki. Dobrze wiedział, że była bezsilna i nawet gdyby chciała to nic nie mogła mu zrobić. Usiadł na nim rozkładając nogi szeroko, wbił swój miecz w drewnianą podłogę, pochylił się nad nią i raz jeszcze przyjrzał. Czy zamierzał się jeszcze nad nią znęcać?
Ściągnął kaptur, odsłonił swoją twarz. Był młody i miał egzotyczną urodę z którą Fler jeszcze nigdy się nie spotkała. Blady jak płatki śniegu co tworzyło przerażający kontrast zarówno z jego dużymi, czarnymi oczami jak i ciemnymi włosami, które opadały mu teraz na twarzy. Gdyby Fler nie widziała go wcześniej w akcji stwierdziłaby, że jest chory, ale niemożliwością było by ktoś z jakąkolwiek chorobą mógł się poruszać w taki sposób. Patrzył na nią długo a jego wzrok pożerały resztki nadziei na to, że może uda jej się z tego jakoś wyjść.
- D-dlaczego to robisz? – było to jedyne, co zdołała z siebie wydobyć. Czuła doskonale jak razem z jej niebieską krwią uchodzą z niej wszystkie siły. – Chciałam tylko być tutaj z moimi dziećmi, nie chciałam źle, przysięgam!
Nic nie odpowiedział. On zawsze milczał! Nawet nie mogła zdobyć odpowiedzi, których tak desperacko potrzebowała.
- Nie słyszę już ich. Nie słyszę mojego lasu, nie słyszę moich drzew, życiodajnych krzewów… Nie słyszę moich dzieci! – Fler zdawała sobie sprawę, że każdy wrzask, który wykonuje przyśpiesza proces tracenia przez nią sił, ale przestało ją to już obchodzić.
Mężczyzna chyba docenił jej wysiłki bo poruszył się lekko i o ile to możliwe obrzucił ją jeszcze chłodniejszym spojrzeniem niż wcześniej.
Wreszcie nadeszła ta chwila na którą tak długo czekała. Nie wiedziała dlaczego tak bardzo się ekscytuje, ale widok tego, że intruz otwiera swoje usta obudził w jej duszy ogień. Może to wszystko okaże się jednym wielkim nieporozumieniem?
- Zapytam Cię wiedźmo o to tylko raz – powiedział cichym, zachrypianym głosem równie lodowatym jak jego spojrzenie. Fler nie rozpoznawała jego akcentu, nie był stąd. – Czy wiesz coś o odwracaniu procesu zwanego przez niebieskokrwistych Wyssaniem Magii?
Fler nie miała pojęcia o co mu chodzi i o czym mówi, ale zamierzała mówić mu to, co chciałby usłyszeć tylko by go w jakiś sposób uspokoić.
- Tak! – wrzasnęła a intruz uniósł brwi ze zdumienia. Ujrzała światełko w tunelu, które mogło okazać się jej zbawieniem. Miała szansa wygrać dzięki potęgi słów. Tej samej potęgi, która pozwoliła jej zbliżyć się do jej kochanych dzieciaczków.
- Mów więc – rzucił intruz odgarniając zlepione włosy ze swoich oczu.
- Potrzebujecie mikstury. O tak, mikstury z prawych odnóży pająków i lewych gałek ocznych ropuch, do tego krew dziewicy i odrobinę płatków stokrotki. Wrzucić to wszystko do kotła…
Coś było nie tak. Fler widziała to na jego twarzy, był wściekły a z każdym jej słowem jego złość rosła. Starała się brzmieć na bardziej przekonaną swoich słów.
- … Następnie należy nakreślić znaki w zależności od pory roku sporządzania mikstury, uważając tym samym na…
- DOŚĆ! – wrzasnął mężczyzna a Fler tak się przestraszyła, że popuściła, ale on zdawał sobie nie zawracać tym głowy..
Intruz wstał i szybkim, pewnym ruchem ręki wyciągnął swój miecz z podłogi. Uniósł je a Fler po raz ostatni tego dnia zobaczyła te przeklęte czarne oczy, które zwiastowały samą śmierć.
- Usłyszałem już dość – powiedział i wykonał zamach swoim ostrzem.


Powered by phpBB modified by Przemo © 2003 phpBB Group